Nie po samych połoninach chodzi się w Bieszczadach. W poszukiwaniu zbawczego cienia, chcąc uciec w las przed upałem, wybraliśmy się na Dwernik-Kamień. Warto było! Szczyt jest niezwykle widokowy i, o dziwo! rzadko odwiedzany. To doskonała propozycja na czas, gdy warunki nie pozwalają na długie eskapady.
Startujemy z parkingu za miejscowością Nasiczne (jadąc od strony Brzegów Górnych). Auto udaje się zostawić bez problemów. Parking, choć bezpłatny, nie jest oblegany. Mijamy wiatę turystyczną nad Nasiczańskim Potokiem. Tablica informuje nas, że celowo nie ma tutaj kosza na śmieci, by nie zaostrzać apatytów niedźwiedzi. Od razu robi się ciekawie. Może te pustki to efekt medialnego misiowego szaleństwa?
Po przekroczeniu dotkniętego suszą potoku, zagłębiamy się w las. Według szlakowskazu, przed nami godzina i 20 minut marszu na Dwernik-Kamień. Nasza trasa to część ścieżki historyczno-przyrodniczej Przysłup Caryński-Krywne n. Sanem. Na powitanie dostajemy w gratisie strome podejście. Takich podejść będzie jeszcze kilka. Przeplatają je miejsca bardziej wypłaszczone, więc można wtedy złapać oddech. Gdy temperatura przekracza 30 stopni w cieniu, pokonanie 400 metrów przewyższenia to jednak nie lada zagadnienie. Na szczęście chroni nas parasol z bukowych liści. Przy ścieżce zamontowane są tablice edukacyjne, na których można poczytać o pałowanych i czemchanych przez osobniki jeleniowate modrzewiach, świerkach oraz trzebieniu lasu.
Gdy wychodzimy z lasu, możemy podziwiać przepiękną panoramę na Połoniny: Wetlińską i Caryńską, Rawki oraz dwóch młodych ojców z pociechami, władającymi biegle językiem angielskim. Na głazach umieszczonych jest kilka pamiątkowych tablic. To jednak nie jest jeszcze właściwy szczyt. By się na nim znaleźć, trzeba przejść jeszcze parę kroków. O dotarciu na miejsce informuje tabliczka: Dwernik-Kamień 1004 m n.p.m. Dawniej w materiałach kartograficznych szczyt nazywany był Holicą, a przez miejscową ludność – Magurką. Natomiast na skalisty wierzchołek mówiono po prostu Kamień. Dwernik wywodzi się z języka staroruskiego – dweri i oznacza wejście, bramę lub drzwi.
Czujemy pewien niedosyt zmaltretowania, więc postanawiamy przedłużyć wycieczkę o Magurkę. Przejście na nią zajmuje nam niecałe pół godziny, a idziemy naprawdę wolno. Znacznie więcej czasu spędzamy na wierzchołku Magurki, na którym Piotrek uciął sobie pogawędkę na temat implantów.
Wracamy tą samą drogą bez szaleństw i pętelek (choć ścieżki pozwoliłyby zrobić ich kilka). Może następnym razem?
Gdy jesteśmy niemal na parkingu, słyszymy potężny grzmot. Skąd ta burza? Nad Nasiczańskim Potokiem kamperem rozbili się turyści. To tak można? W drodze powrotnej do Wetliny, w której stacjonujemy, łapie nas deszcz. Jak dobrze! Jest nadzieja, że może zrobi się chłodniej.

