Jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Ośmielona sukcesem na GSB, idąc za ciosem, postanowiłam przejść kolejną słynną trasę – Główny Szlak Sudecki. I znów w wersji all inclusive, czyli dla burżujów, z podobną taktyką i mottem, że wiele zawdzięczam mężowi. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Jak zwykle wyprawie towarzyszył dreszczyk emocji, niepewności, a na koniec radość z osiągniętego celu. Choć GSS jest o wiele bardziej cywilizowany niż GSB, nie ma w sobie dzikości, tajemniczości, wyczynowości poprzednika (za to tony asfaltu, które potrafią zabić), uważam, że warto go przejść. Poznacie mnóstwo ciekawych historii i zobaczycie wiele pięknych miejsc, do których będziecie chcieli wracać!
Dzień X: Srebrna Góra-Wambierzyce (24 km)
Pękła druga setka, a ja razem z nią. Mam kolejny kryzys. Znowu długi dystans, podchodzenie systemem sapiącym, gorąco, tłuszcz się wytapia, a ze spodni wytrzepuję skwarki. Słony pot leje się strumieniami, więc otwieram żupy solne. Sama sobie zgotowałam ten los. Na pocieszenie piękne panoramy z Górami Stołowymi w rolach głównych i – co szalenie ważne – udało mi się zdobyć widokówki ze Słupca!
Dzisiejsza bramka startowa to Przełęcz Srebrna, oddzielająca Góry Sowie od Bardzkich. Przede mną Wiadukt Wiszący, zwany również Czerwonym Mostem przerzucony nad wąwozem, w którym dawniej znajdował się przystanek kolejowy Srebrna Góra Twierdza. Zarówno wiadukt, jak i wąwóz pod nim, powstały ponad 100 lat temu jako część trasy Kolei Sowiogórskiej, łączącej obie strony Gór Sowich, kopalnie Nowej Rudy z zagłębiem włókienniczym Dzierżoniowa, Bielawy i Pieszyc. Ach, te dawne biznesy!
Mogę oddać się lekturze tablicy informacyjnej (Oczywiście w treści znajduję literówkę. To już jest chyba choroba). Ze względu na duże nachylenie na trasie zastosowano unikatowy w skali Śląska system kolejki zębatej. Pomiędzy dwiema tradycyjnymi szynami zamontowano trzecią – zębatą, po której poruszało się pędne koło (również zębate) znajdujące się w podwoziu lokomotywy. Takie rozwiązania znane były w USA i Szwajcarii, gdzie umożliwiały prowadzenie tras przez szlaki Gór Skalistych czy Alp.
Przechodzę przez wiadukt i mijam szlakowskaz Srebrna Góra (wiadukt) 586 m n.p.m. Do najbliższego Czeskiego Lasu mam 40 minut marszu, a do Ścinawki Średniej – 5 godzin z małym haczykiem. Dalszej drogi szlakowskaz nie pokazuje, żebym go przypadkiem nie kopnęła. Przy pobliskiej wiacie turystycznej, na skraju drogi rozstawione pieńki do siedzenia, a obok co widzę? Oczywiście ślady po ognisku. Kiełbasa ciągle górą!
Idę szeroką leśną drogą podziwiając widoki na Twierdzę w Srebrnej Górze i należący do niej fort Ostróg. Dochodzę do miejsca, w którym do szlaku czerwonego dochodzi żółty wiodący z Wilczej Przełęczy. To miejsce to Czeski Las (621 m n.p.m.). Nie wiem, skąd taka nazwa? Czy Czesi zostawili tutaj jakiś ślad? Do Wambierzyc mam jeszcze 6 i pół godziny marszu.
Aby nie było zbyt monotonnie, na trasie małe urozmaicenie w postaci koparki na tyle dużej, by zająć całą szerokość szlaku. Muszę więc przedzierać się przez chaszcze. Na szczęście kleszcze nie zdążyły się zorientować i zaatakować. To się nazywa zaskoczenie!
Kolejne zaskoczenie jest takie, że nawet się nie obejrzałam, a już jestem w Czerwieńczycach. We wsi wita mnie dziad proszalny w wersji pomnikowej. I jest to jedyna osoba, którą tutaj spotykam. Na zakręcie przy przydrożnym krzyżu porzucam Góry Bardzkie (od Przełęczy Srebrnej zahaczyłam o ich północno-zachodni kraniec). Dość krótki był to spacerek tym pasmem.
Z Czerwieńczyc idę drogą między łąkami w stronę lasu, mijając pasące się konie i ogrodzone budynki lokalnych zbiorników wody. W lesie znowu mam pod górkę, za to, gdy z niego wyjdę czeka mnie mała nagroda: widoki na Wzgórza Wodzickie, Góry Stołowe tuż za nimi oraz na… kolorowe bloki Słupca.
Schodzę w dolinę potoku Dzika. Na szczęście spotkanie z odyńcem nie nastąpiło. Słupiec to bardzo stara miejscowość (obecnie dzielnica Nowej Rudy), która rozwijała się głównie dzięki górnictwu. To tak jak Konin, w sumie do Konina trochę tan Słupiec podobny. Klucząc po miejscowości docieram do ulicy (nomen omen) Piwnej. Jestem na wysokości 414 metrów n.p.m., a do celu, czyli do Wambierzyc pozostały już tylko 3 godziny i 55 minut. Jak ten czas leci! A na wzniesienie Kościelec tylko 50 minut. Ulicą o pięknej nazwie Połoniny wspinam się na stok Góry Wszystkich Świętych. Ulica jest asfaltowa, więc jeśli Połoniny wzbudziły w kimś bieszczadzkie skojarzenia, to nie tędy droga.
Asfalt doprowadza mnie do podejścia ze schodami (a przy obecnej temperaturze do białej gorączki również). Na murku schodów siedzi sobie wczorajszy mężczyzna, zapewne mieszkaniec ulicy Piwnej. W takich momentach uświadamiam sobie, ile ryzykuję samotnie wędrując. Pan na szczęście w ogóle mnie nie zauważa. Szlak czerwony prowadzi zakosami po stronnym stoku, początkowo ciągiem schodów, a potem dróżką. Mijam betonowe stacje drogi krzyżowej ustawione na trasie.
Góra Wszystkich Świętych to jedna z kulminacji południowej części Wzgórz Włodzickich. Już na początku XVII wieku była miejscem pielgrzymek. W 1680 roku wybudowano tutaj kościół jako wotum dziękczynne po szalejącej w owym czasie epidemii. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku świątynia popadła w ruinę, odbudowano ją w latach 1994-2000. Sanktuarium pw. Matki Bożej Bolesnej położone jest na niewielkim wypiętrzeniu Góry Wszystkich Świętych o nazwie Kościelec. Właśnie tu udało mi się zdobyć widokówki.
Jak informuje szlakowskaz, od wieży widokowej dzieli mnie 10 minut, od celu (Wambierzyc) – niewiele ponad trzy godziny. Gdzieś tutaj stuka mi 200 kilometrów na szlakowym liczniku. Piotrek dzwoni i pyta, gdzie jestem. Czyżbym miała tak wolne tempo? Za chwilę będę przy wieży, przy której on już na mnie czeka (szedł z przeciwnego kierunku, czyli Wambierzyc).
Zbudowana z czerwonego piaskowca 15-metrowa wieża na Górze Wszystkich Świętych (648 metrów n.p.m.) przypomina nadmorską latarnię. Przed wojną nosiła imię feldmarszałka Helmuta von Moltke i właśnie jego podobizna (w wydaniu płaskorzeźby) znajduje się nad wejściem do budowli. A przed latarnią czeka na mnie Piotrek w towarzystwie, poznanej na szlaku, Magdy z Wrocławia
Wdrapujemy się na wieżę po spiralnych schodach. Z góry możemy podziwiać widoki na całą Ziemię Kłodzką. Panorama obejmuje: Góry Sowie, Bardzkie, Bystrzyckie, Orlickie, Stołowe oraz Wzgórza Ścinawskie. Można stąd podglądać sąsiadkę, czyli wieżę na Górze św. Anny. Łatwo ją można rozpoznać, ponieważ obok sterczy masz antenowy. Widać również wyrobisko kamieniołomu „Gabra”.
W dalszą trasę idziemy razem z Magdą. Przechodzimy obok pierwszych zabudowań osady Księżno, założonej w XVII wieku. Wówczas była własnością jezuitów, obecnie to część wsi Ścinawka Średnia. Na pewno wszyscy wędrujący GSS obfotografowują okazały budynek starego młyna z wieżyczką.
Asfaltową drogą schodzimy do doliny Ścinawki. Przy drodze w szczerym polu rosną dorodne śliwy. Kusi mnie, żeby pozrywać i upiec ciasto. Mąka jest, cukier i masło również. Po głębszej analizie ekonomicznej, jednak rezygnuję z pomysłu. Trzeba by zainwestować i kupić blachę.
Przechodzimy przez wiadukt kolejowy nad szerokim torowiskiem. Ścinawka była kiedyś dużą stacją. Pociągi odjeżdżały aż w pięciu kierunkach. W Ścinawce Średniej rozstajemy się z Magdą, która zatrzymuje się tutaj na nocleg. A przed nami – o ile wierzyć szlakowskazowi – jeszcze 1 h i 40 minut marszu do Wambierzyc. Idzie się całkiem przyjemnie wygodnym chodnikiem i nie trzeba kombinować na poboczu. Z głównej drogi skręcamy w Wojska Polskiego i tam już trzeba trochę kombinować (jak to w wojsku), bo już chodnika nie ma.
Za Ścinawką ostatnie tego dnia wspięcie. Tym razem na Wzgórza Ścinawskie. Ruchu nie ma żadnego, więc nie musimy umykać, choć Piotrek opowiada, że rano to się działo. Przebiegał tędy samochodowy Rajd Legend. Widoki przed sobą mamy piękne – Góry Stołowe i czeskie Broumovskie Steny.
Jeden z ostatnich punktów programu – kulminacja wzniesienia Rozdroże nad Wambierzycami (435 m n.p.m.). Do Wambierzyc już tylko 25 minut. Mijamy samotnie stojącą przydrożną kapliczkę. Na wysokim cokole umieszczona jest figura Maryi trzymającej Dzieciątko i owoc granatu. Zaskoczenie – na głowie rzeźby umieszczony został krzyż.
Aż do Wambierzyc towarzyszą nam pola uprawne. Kto poczuł się zmęczony wyprawą, natychmiast zostanie wstrząśnięty widokiem bogactwa w ogródku jednej z pierwszych posesji. Czego tu nie ma! Zające, koty, ptaki, grzyby. To pewnie konkurencja dla miejscowej ruchomej szopki, z której słyną Wambierzyce.
Wieś nazywana jest śląskim Jeruzalem i warta jest bliższego poznania. Przed laty odwiedziliśmy przepiękny barokowy kościół Nawiedzenia NMP. Teraz już na nic nie mamy siły. Poza jedzeniem. Wybór padł na Restaurację „U Bacy” z pysznymi na miejscu lepionymi pierogami. Zaopatrzyliśmy się również w miód. Dzięki uprzejmości miejscowego druha, auto czekało na nas na parkingu przy remizie OSP.

