Jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Ośmielona sukcesem na GSB, idąc za ciosem, postanowiłam przejść kolejną słynną trasę – Główny Szlak Sudecki. I znów w wersji all inclusive, czyli dla burżujów, z podobną taktyką i mottem, że wiele zawdzięczam mężowi. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Jak zwykle wyprawie towarzyszył dreszczyk emocji, niepewności, a na koniec radość z osiągniętego celu. Choć GSS jest o wiele bardziej cywilizowany niż GSB, nie ma w sobie dzikości, tajemniczości, wyczynowości poprzednika (za to tony asfaltu, które potrafią zabić), uważam, że warto go przejść. Poznacie mnóstwo ciekawych historii i zobaczycie wiele pięknych miejsc, do których będziecie chcieli wracać!
Dzień IX: Rzeczka-Srebrna Góra (24,8 km)
To już drugi dzień wędrówki przez Góry Sowie, których wnętrza wciąż kryją wiele tajemnic. A że idę zewnętrzem, może nie jest tak tajemniczo, ale na pewno pięknie. I zapowiada się ciekawie: dwie wieże na trasie i twierdza na koniec. Startuję tam, gdzie wczoraj porzuciłam szlak, czyli na Przełęczy Sokolej. Położona na wysokości 754 metrów n.p.m. przełęcz oddziela Masywy Włodarza i Sokoła od Masywu Wielkiej Sowy. Otoczenie zajmują rozległe łąki i pola uprawne. Wzdłuż drogi, po obu stronach przełęczy, położone są wsie Rzeczka i Sokolec. Przez przełęcz prowadzi droga z Nowej Rudy do Walimia, a okolica zimową porą stanowi centrum narciarskie z licznymi wyciągami. Jest lato, więc bez narciarskich szaleństw, a że pora wczesna, więc tym bardziej pustki na trasie.
Na miły dnia początek idę ostro pod górę w kierunku, położonego na stoku Sokolicy, schroniska „Orzeł”. By ułatwić życie zmotoryzowanym, na trasie położony został nowy asfalt, a wyżej droga wyłożona jest betonowymi płytami.
Jestem już na wysokości 844 metrów n.p.m., więc o stówkę wyżej niż zaledwie kilka minut temu na starcie! Przede mną „Orzeł”. Trudno obiekt nazwać schroniskiem. To raczej górski hotel. Budynek zamknięty, wszyscy chyba jeszcze śpią, a otwarcie nastąpi dopiero o 11.00. Nawet pieczątki nie zdobyłam. Na pocieszenie mogę oglądać widoki na Wzgórza Wyręnińskie, Włodzickie i wczorajszą trasę.
Mijam kamienny obelisk z tablicą poświęconą Carlowi Wiesenowi, wiernemu przyjacielowi Gór Sowich. Majętny właściciel walimskich zakładów włókienniczych zaangażowany był w budowę schroniska „Sowa” oraz wieży widokowej na Wielkiej Sowie. Kto chciałby zdobyć szczyt Sokolicy, tuż za obeliskiem musi zboczyć na leśną ścieżkę. Ja nie zbaczam – kawał drogi jeszcze przede mną. Dzisiejszy odcinek GSS do krótkich nie należy.
Pech mnie dzisiaj nie opuszcza. Kolejne schronisko na trasie, wspomniana wcześniej „Sowa”, zamknięte z powodu remontu. Dobrze, że jestem po śniadaniu. Gorzej mają wędrowcy, którzy założyli, że posilą się gdzieś po drodze.
Kamienistą ścieżką idę łagodnie pod górę w kierunku najwyższego szczytu w paśmie. Jak wyczytałam na tablicy, Masyw Wielkie Sowy porastają lasy świerkowo-bukowe, a w niższych partiach towarzyszą im: modrzew, jarzębina, jesion, brzoza i sosna. Tłoku na szlaku nie ma. Po drodze spotkałam tylko dwie wędrujące rodziny. Pewnie w weekendy frekwencja rośnie.
Na szczycie Wielkiej Sowy (1015 m n.p.m.), wpisanej na listy Korony Polskich Gór i Diademu Gór Polski, znajduje się, zbudowana z betonowych bloków, biała i smukła, wysoka na 25 metrów wieża widokowa, oferująca wspaniałą panoramę. Sama też jest widoczna z wielu miejsc w okolicy, dzięki czemu, gdy tak jak ja nie potrafisz rozpoznawać szczytów, Wielką Sowę z pewnością rozpoznasz. Z wieżowego tarasu (wstęp bezpłatny) podziwiać można widoki: od Śnieżnika po Śnieżkę oraz od wzgórz Trzebnickich po Broumovske steny. W związku z popularnością KGP, na Wielkiej Sowie frekwencja turystów większa, choć oczywiście bez tatrzańskich szaleństw. Niektórzy nawet przygotowują się do grilla.
Na rozległym wierzchołku Wielkiej Sowy znajdują się również: kaplica powstała z inicjatywy ks. biskupa Ignacego Deca, kilka zadaszonych wiat oraz mini bar serwujący hot dogi, frytki i kiełbaski. Ci którzy nie jedli śniadania, licząc na schroniska, (lub nie otrzymali zaproszenia na organizowanego obok grilla), wreszcie mogą coś wrzucić na ruszt. Ja na szczęście dźwigam na grzbiecie kanapki. Jak na Wielką Sowę przystało, jest rzeźba sowy, a także muflona, dzikiej owcy korsykańskiego pochodzenia. Niestety w okolicy nigdy nie udało mi się spotkać ani cienia sowy, ani nawet kopytka muflona.
Szlakowskaz na szczycie informuje: Kozie Siodło 35 min, Przełęcz Jugowska 1 h 15 min, Zygmuntówka 1 h 25 min, Kalenica 2h 35 min, Przełęcz Woliborska 4 h. Dalszej trasy nie pokazuje, żeby się wędrowcy nie załamywali.
Szerokim leśnym duktem idę łagodnie na Kozie Siodło (887 m n.p.m.). Tam turyści znów pieką sobie kiełbaski. Czy to jakieś lokalne zawody? Usmaż i zjedz kilogram kiełbasy, każde pęto na innym szczycie! Kolejny punkt wędrówki to rozległa i płytka przełęcz Kozie Siodło (już bez kiełbasek) oraz Kozia Równia (930 m n.p.m.). Mało kto by się domyślił, że to szczyt. Tak tu płasko.
Tuż za Kozią Równią, do Niedźwiedziej Skały przymocowana jest tablica poświęcona Hermannowi Henkelowi. Napis głosi: „W górach jestem znowu prawdziwym człowiekiem. Tam stajemy się braćmi i wszystko co brzydkie i błahe opuszcza nas”. Hermann Henkel to twórca systemu szlaków w okolicach oraz autor map. Jak na Niemca przystało, z pewnością lubił kiełbasy.
Jest postęp! Na Rozdrożu pod Kozią Równią do listy na szlakowskazie dołączył kolejny punkt Bielewska Polanka 1 h 55 min. Idę, idę, a tu kolejny punkt ogniskowo-kiełbasiany, czyli wiata turystyczna Suchy Świerk Nadleśnictwa Jugów. Tu nie spotkałam żadnych miłośników wędliniarstwa. Jest za to widok na kopulastego Rymarza, jeden z punktów na mojej najbliższej trasie. Zapowiada się niezłe dreptanie.
Przede mną Przełęcz Jugowska i szosa z Pieszyc przez Jugów do Nowej Rudy. To stąd przed laty startowaliśmy, gdy pierwszy raz właziliśmy na Wielką Sowę w majowych warunkach zimowych. Dzisiaj raczej pustawo. Stąd już tylko mufloni skok do, położonego na stoku Rymarza, schroniska Zygmuntówka. Robię tutaj drugi popas. Śniadając, mogę obserwować, jak powoli budzi się do życia młodzież z pola namiotowego. A jest już prawie południe. Według szlakowskazu, do celu, czyli Srebrnej Przełęczy dzieli mnie 5 i pół godziny.
W pobliżu Zygmuntówki zlokalizowana jest dolna stacja wyciągu narciarskiego. A gdzie wyciąg, to już wiadomo, jak będzie. Stromo! Na szczęście na Rymarza trasa poprowadzona jest zakosami, a nie prosto jak w pysk strzelił. Zbytnio się nawet nie zmachałam. Komu jednak podejście dało się we znaki, może odpocząć we wiacie na Zimnej Polance. Oczywiście jest miejsce na ognisko i kiełbaski.
Skoro za sprawą nazwy polanki było zimno, zrobi się słonecznie za sprawą Słonecznej. Najpierw trzeba jednak tam się wdrapać. Podejście jest na szczęście krótkie. Jestem na wysokości 949 metrów n.p.m. Przede mną najprzyjemniejsza część trasy. Spokojnie, bez tłumów i bez wysiłku, raz w dół, raz w górę, z pięknymi widokami na osłodę.
W trasie na niedaleką już Kalenicę mijam malownicze skałki: Dzikie i Słoneczne. Kilka minut po płaskim i już jestem przy metalowej wieży widokowej. Gdy docieram do niej, zbiega akurat po schodach sportsmenka i smara z nosa prosto pod moje nogi. Ekstremalne doświadczenia za sprawą miłośniczki sportów ekstremalnych. Nawet nie spojrzy gdzie wysmarała i pędzi dalej. Pewnie bije życiowe rekordy.
Wdrapuję się na 20-metrową wieżę na Kalenicy (964 m n.p.m.). Na platformie widokowej umieszczone są tablice z bardzo szczegółowym opisem panoram. Dla szczytowych niedouków (takich jak ja), rzecz to bezcenna. Można podziwiać Góry Opawskie i Złote, Śnieżnik, Góry Bystrzyckie, Orlickie, Stołowe, oczywiście Góry Sowie. Jak na dłoni ma się Słoneczną i Rymarza, za nimi Wielką Sowę, a za nią z kolei czapeczki Borowej i Chełmca w Górach Wałbrzyskich. Na Równinie Świdnickiej wyrasta Masyw Ślęży.
Znacznie mniej piękne widoki czekają na wędrowców w pobliskiej wiacie turystycznej Kalenica. Czego tu nie ma! Puszki po piwie i energetykach, pojemniki po jogurtach, reklamówki, papierki po słodyczach, szklane butelki i opakowanie po kabanosach. Oczywiście kiełbasa musi być. Szlakowskaz przytwierdzony nad wejściem do wiaty oznajmia, że do celu 4 godziny i 20 minut. Trochę daleko.
Po kwadransie docieram na Bielawską Polanę. Ta niewielka polanka położona jest na wysokości 803 metrów n.p.m., pomiędzy Kalenicą a Popielakiem. W pobliżu znajduje się źródło jednego z potoków tworzących Niedźwiedzi Potok. Spotykam tutaj Piotrka, który szedł w moim kierunku ze Srebrnej Góry. Teraz możemy wspólnie cieszyć się widokami na pasma, które jeszcze przed nami, wędrując falującym grzbietem. Mijamy Popielaka (na drzewach znajdują się dwie tabliczki z oznaczeniami: 856 i 860 metrów n.p.m.), Wigancicką Polankę (788 m n.p.m.) z sercem wyciętym na drzewie oraz Jagodną bez oznaczenia. Nasz szlak trawersuje stoki Czarnych Kątów schodząc w dół w kierunku Przełęczy Woliborskiej (711 m n.p.m.).
Mijamy wiatę z ławkami zachęcającymi do odpoczynku, przecinając drogę wojewódzką Dzierżoniów-Nowa Ruda.
Teraz czeka nas ponad siedem kilometrów leśnych dróżek, falowanie w wydaniu długodystansowym: wytrwałe podchodzenie i schodzenie. Mijamy rozległą i łagodną Szeroką, ogołoconą z drzew Malinową. Wędrówka grzbietem przez przerzedzony las (wyrąb lasu musiał tu iść na całego), mimo przygnębiających kikutów, wciąż dostarcza pięknych widoków. Tyle jeszcze przed nami! Piotrek komentuje: Oj, jak mnie łydki bolą, gdy na to patrzę!
Ostatni odcinek trasy daje mi się we znaki. Przez trzy dni nabiłam przecież prawie 90 kilometrów. Sunę, człapię, kuśtykam, popijam i coraz częściej sprawdzam w telefonie, czy daleko jeszcze? Szlak wiedzie obok szczytów Wielkiego i Małego Chochoła, na których stokach znajdowały się elementy obronne fortyfikacji. To znak, że Twierdza w Srebrnej Górze coraz bliżej! Końcowy etap naszej dzisiejszej wyprawy to ta wąska ścieżka wzdłuż południowych murów twierdzy, od których oddziela nas szeroka i głęboka sucha fosa,
Twierdza w Srebrnej Górze powstała jako jeden z najważniejszych elementów obrony przez habsburską Austrią. Miała posiadać wiele kazamat mogących pomieścić kilka tysięcy żołnierzy wraz z zapasami broni i żywności. Przy jej budowie zatrudnionych było 4000 robotników i 600 murarzy, a koszt był niebotyczny – ponad półtora miliona talarów. Jest i polski akcent. W Forcie Wysoka Skała, będącym podczas drugiej wojny obozem jenieckim, działy się sceny rodem z filmu – ucieczka oficerów. Trzem z nich udało się dotrzeć przez okupowane Czechy, Słowację, Węgry, Jugosławię i Turcję do Palestyny. Nasza trasa jest na szczęście zdecydowanie krótsza. Asfaltową drogą dojazdową docieramy do Małej Srebrnej Przełęczy. To koniec na dzisiaj! Hura!

