Jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Ośmielona sukcesem na GSB, idąc za ciosem, postanowiłam przejść kolejną słynną trasę – Główny Szlak Sudecki. I znów w wersji all inclusive, czyli dla burżujów, z podobną taktyką i mottem, że wiele zawdzięczam mężowi. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Jak zwykle wyprawie towarzyszył dreszczyk emocji, niepewności, a na koniec radość z osiągniętego celu. Choć GSS jest o wiele bardziej cywilizowany niż GSB, nie ma w sobie dzikości, tajemniczości, wyczynowości poprzednika (za to tony asfaltu, które potrafią zabić), uważam, że warto go przejść. Poznacie mnóstwo ciekawych historii i zobaczycie wiele pięknych miejsc, do których będziecie chcieli wracać!
Dzień VIII: Sokołowsko-Przełęcz Sokola (28,5 km)
Rzecz o sokolim locie, zlekceważonym Waligórze, przyczajonych na szlaku żwirkach i wielbicielach Rafała Majki. Dlaczego na wędrowców nie mówi się śmiałek pogięty? Doprawdy, nie wiem.
Wreszcie rozszyfrowałam znaczenie skrótu GSS: Głównie Szłam i Stękałam. Jeśli jednego dnia wędruje się przez Góry Suche, Wałbrzyskie i Sowie, wiadomo, jak to się skończy. Gdybym napisała, co czułam, wulgaryzmów byłoby tyle, co przebytych kilometrów. Ślizgi, podejścia i grzanie hamulców. Żwirek na szlaku powodował u mnie chęć pożarcia Muchomorka, by wreszcie skończyć ze sobą. Oprócz żwirku, czyhały inne niebezpieczeństwa – można było zostać trafionym odłamkiem z kopalni melafiru. Dzień pod znakiem sokoła: od Sokołowska po Przełęcz Sokolą. A tak na serio: pięknie, piękniej, najpiękniej. Widowisko nie do podrobienia.
Dzisiaj nie muszę nigdzie dojeżdżać, bo wyruszam z Sokołowska, które przez kilka dni jest naszą bazą wypadową. Na poznanie tej miejscowości od dłuższego czasu miałam chrapkę (wszystkiemu winna lektura „Empuzjonu” Olgi Tokarczuk). Czy zwiedziłam Sokołowsko? Oczywiście, że nie, bo wieczorami byłam zbyt skonana, by gdziekolwiek chodzić. Dlatego do Sokołowska jeszcze kiedyś wrócę, by nadrobić te haniebne zaległości. A zawitać tutaj naprawdę warto. Długo żyłam w nieświadomości, nie wiedząc, jaki tu był przed laty górski kurort! W Göerbersdorfie (tak się przed wojną nazywało Sokołowsko) swoje uzdrowisko założył dr Hermann Brehmer, niemiecki pionier klimatyczno-dietetycznego leczenia gruźlicy. Podobno na wzór tego miejsca powstało później słynne uzdrowisko w Davos.
Jednak dość tych wywodów, czas wrócić na szlak. A startuję z progu Słonecznych Apartamentów przy ul. Słonecznej. Na ścianie domu, obecnie przez nas zamieszkiwanego umieszczona jest tablica poświęcona reżyserowi Krzysztofowi Kieślowskiemu, który przez kilka lat przebywał w Sokołowsku (jego ojciec chorował na gruźlicę). Tablica to taka trochę zmyłka. Słynny reżyser mieszkał w innym domu (naprzeciwko kina). Tam również jest umieszczona stosowna tablica (ul. Główna 23). Idąc przez Sokołowsko, mijam malownicze domki, zdobione mozaikami i zabytkowy konny wóz strażacki.
Z ulicy Głównej skręcam w Unisławską. Idę przez łąki, aż docieram do położonego na skraju lasu starego cmentarza ewangelickiego. Jak można wyczytać na tablicy, do połowy lat dwudziestych ubiegłego wieku umarłych z Sokołowska chowano na cmentarzach w Unisławiu i Mieroszowie. Cmentarz w tym miejscu założono dopiero w listopadzie 1926 roku. Funkcjonował do pierwszych lat powojennych, a oficjalnie został zamknięty w 1972 r. Na terenie cmentarza zachowało się kilkanaście nagrobków i ruina kaplicy.
Jestem w Górach Suchych, jednak moje czoło z pewnością nie będzie dzisiaj suche. Nazwa gór to oczywiście kolejna zmyłka dla uśpienia czujności. Niby takie niewysokie i suche, a wycisną siedemdziesiąte siódme poty. Przede mną mordercze podejście na Bukowiec. Ośmielę się napisać, że najbardziej strome na całym GSS. Idąc pod górę z łydkami wygiętymi pod dziwnym kątem (taka jest stromizna) cieszę się, że nie muszę tędy schodzić w dół, bo tego bym nie przeżyła. Na odcinku kilometra trzeba pokonać 300 metrów przewyższenia. Nagrodą są piękne widoki na leżące w dole Sokołowsko i otaczające je wzniesienia. Na drzewie znajduję tabliczkę obwieszczającą: Bukowiec 886 m n.p.m. Tutaj też kończy się szlak niebieski, którym przez Unisław można zawędrować aż na dworzec kolejowy w Wałbrzychu. Ciekawe, ilu spóźniło się na pociąg?
Jeszcze nie ochłonęłam po wykańczającym podejściu, a tu kolejne emocje! Wkraczam na poligon! Kopalnia Melafiru Rybnica Leśna ostrzega, że prowadzi odpalanie materiałów wybuchowych (wcześniej informuje stosownymi sygnałami). Nie chcę zginąć trafiona odłamkiem, przyspieszam więc kroku. Mknę tak szybko, że nie zauważam, że pomyliłam ścieżki i docieram gdzie? Oczywiście na skraj wielkiej dziury, od której chciałam przecież trzymać się z daleka. Kopalnia pożarła już połowę góry. Uciekam stąd czym prędzej.
Tak się rozpędziłam, że w znakomitym czasie dobrnęłam do schroniska Andrzejówka, położonego na Przełęczy Trzech Dolin. Co za piękna nazwa! Tutaj zbiegają się doliny, którymi płyną potoki: Rybnej, Sokołowska i Złotej Wody. W schronisku pustki. Jest tylko jedna dziewczyna, która zamawia śniadanie. Remontuje w pobliżu starą stodołę (pewnie będą to miejsca noclegowe dla turystów). Pieczęcią ze schroniska znaczę swoją obecność i w drogę!
Kusi mnie, żeby wejść na Waligórę. Byłam tam w 2017 w majowych warunkach zimowych. Idę wewnętrznie rozdarta. Być tak blisko i zlekceważyć Waligórę?! GSS – co jest już rzecz jasna tradycją – omija ten szczyt. Rozsądek jednak bierze górę. Droga jeszcze daleka, a wejście i zejście zajmie przynajmniej 40 minut.
Od schroniska Andrzejówka, lotem sokoła, docieram na Halę pod Klinem, gdzie zimą działają wyciągi. A gdzie wyciągi dla narciarzy, to wiadomo, że będzie stromo. I jest. Na Waligórę mogę popatrzeć z wysokości. Klin to góra, na którą robiła zakusy kopalnia melafiru. Na szczęście dla Klina (dla mieszkańców i turystów również), nie podzielił on losu Bukowca. Gdy tak stoję i napawam się widokami z Waligórą w głównej roli, w głowie zaczyna kiełkować myśl: może na Waligórę powrócić w ramach Korony Sokołowska, o której niedawno czytałam?
Dalsza trasa prowadzi lasem (częściowo wytyczonym niedawno długodystansowym Mieroszowskim Szlakiem Dzika), przez, obsypane malinami, kolejne wzniesienia grzbietu: Turzynę, Jeleniec i Rogowiec (choć same wierzchołki oczywiście GSS omija). Gdy tak idę, snuję kolejne plany: może kiedyś uda się dziko pomknąć Szlakiem Dzika? Kto wie? To tylko 57 kilometrów. Na razie trzeba pozostać na GSS, jednak gdyby nieco zboczyć i wybrać żółty szlak, można dotrzeć do ruin zamku na Rogowcu. Dzisiaj mało we mnie zboczeńca. Zdecydowanie.
Tuż przed Rogowcem ciekawym punktem jest Skalna Brama, którą tworzą kilkumetrowe skałki melafirowe. Przymocowano tutaj tablicę ze słowami, skłaniającymi do refleksji: „Tym co na zawsze odeszli i tym co przyjdą po nas. Wałbrzyscy Wędrowcy 2004”. Nieopodal znajduje się punkt widokowy, z którego podziwiać można Obniżenie Noworudzkie i otaczające je wzniesienia: Masyw Włodarza, Wielką Sowę, Gomólnik Mały. Kto nie wie, co widzi (czyli ja), może posiłkować się ściągą w postaci tablicy z opisem panoramy.
Spod Rogowca schodzę lasem w kierunku Rybnicy. Nieopodal XVIII wiecznej Gospody Sudeckiej (informacja dla wędrujących GSS, można tutaj przenocować) spotykam turystycznego działacza, który w czynie społecznym odnawia szlakowe oznaczenia. Miłosiernie nie ostrzegł, co mnie za chwilę czeka. Po przejściu 500 metrów asfaltem (to już obszar Gór Wałbrzyskich), rozpoczynam podejście na Przełęcz pod Wawrzyniakiem. Podejście to mało napisane. W mojej ocenie to wręcz wspinaczka. Na bardzo krótkim odcinku blisko 70 metrów przewyższenia. Do tego szlak wysypany jest żwirkiem, który po prostu kocham. Zasapałam się, że hej. Na przełęczy (568 m n.p.m.) spotykam kolejnych turystów. To rodzinka wędrująca niebieskim szlakiem na Jałowiec.
Jeśli szlak piął się w górę, istnieje ryzyko, że będzie schodził w dół. Ślizgi na żwirku zalegającym trasę, dostarczyły niezapomnianych atrakcji. Piorunuję, klnę i czekam na rychły koniec. Na szczęście wkrótce spotykam Piotrka, który oznajmia, że Jedlina już blisko. Przechodzimy obok wlotu do tunelu kolejowego pod Sajdakiem. Jego długość wynosi 380 metrów i jest to najkrótszy z trzech tuneli na słynnej linii kolejowej Wałbrzych-Kłodzko. Kratownicowe mosty, wiadukty, cudne panoramy – warto kiedyś przejechać się tą trasą.
Przechodzimy przez wiadukt nad torami, uwieczniając dworzec kolejowy w Jedlinie-Zdroju. Drogą Lipową docieramy do ulicy Noworudzkiej i zbaczamy nieco z trasy, by zobaczyć odrestaurowany pałac w Jedlince (początkowo barokowy, później przebudowany w duchu klasycystycznym). W jednym z budynków mieści się restauracja i browar, więc nie omieszkamy zajrzeć. Lokalne trunki zawsze cieszą się popularnością u Piotrka. Plecak się napełnia. Na placu przed kompleksem stoi replika trójpłatowca, którym latał Czerwony Baron, czyli Manfred von Richthofen, as myśliwski I wojny światowej.
Leżąca nad bystrą Bystrzycą Jedlina ucierpiała podczas ubiegłorocznej powodzi. Na mijanych przez nas domach widać poziom, do którego sięgała woda. Żywioł zniszczył kładkę nad rzeką, dlatego trasa GSS poprowadzona jest nieco dalej przez most przy ul. Długiej. Piotrek namawia mnie byśmy przeszli Bystrzycę po kamieniach. Nie mam w życiu tyle szczęścia, co on, więc ledwo wchodzę na kamień i wkładam kij do wody, by się podeprzeć, a już zahaczam o jakiś metalowy pręt. By uniknąć kąpieli, idę tak jak GSS każe. To tylko kilkaset metrów obejścia.
Drugi brzeg Bystrzycy to już obszar Gór Sowich. Idzie się bardzo przyjemnie, choć systematycznie nabieramy wysokości (a sporo kilometrów i podejść już za nami). Gęsto ustawione szlakowskazy odmierzają pokonaną trasę. Mijamy przełęcz Pod Stróżą (2 h 20 min do celu), potem Przełęcz Marcową, która jest płytkim obniżeniem pomiędzy najwyższą górą w tych okolicach, czyli Włodarzem (811 m n.p.m.) i Jedlińską Kopą (744 m n.p.m.). Krzyżują się tu szlaki czerwony (czyli nasz), biegnący grzbietem Masywu Włodarza oraz niebieski z Walimia do Głuszycy. W tym miejscu można poczytać na przykład o śmiałku pogiętym. To nie żaden wędrowiec, a roślina. Do celu, czyli Przełęczy Sokolej pozostała nam, według szlakowskazu, godzina i 50 minut.
Choć na liczniku już ponad 20 kilometrów, dość łatwo i bez zadyszki wchodzimy na Włodarza. Tabliczka przymocowana do drzewa obwieszcza, że jesteśmy na wysokości 811 metrów n.p.m. Włodarz, jako najwyższy w masywie, wpisany jest na listę Diademu Polskich Gór. Okolica słynie z niemieckich sztolni kompleksu Riese, znajdujących się we wnętrzu góry. Gdy ma się czas, można pozwiedzać.
Od Włodarza wygodna leśna droga prowadzi nas do Rozdroża pod Moszną. Jeszcze tylko łagodne zejście i, gdy wyjdziemy z lasu, jesteśmy już w Grządkach, osadzie będącej częścią Rzeczki, położonej na wschodnich zboczach Osówki, Mosznej i Jawora. Na Przełęcz Sokolą już tylko godzinka.
Idziemy prze malownicze łąki nad Rzeczką. Widoki są przepiękne, choć psują je nieco wyrastające pośrodku pól małe czarne krematoria – osiedle domków do wynajęcia. Nie tylko my kochamy góry. Inni też je kochają, choć nieco inaczej i chcą wypoczywać widokowo, jak najwyżej i jak najbliżej. W Rzeczce kochają też Rafała Majkę, o czym świadczy napis umieszczony na asfalcie. To zapewne pamiątką po tegorocznym Tour de Pologne.
Po przejściu świeżutkiego asfaltu jesteśmy niemal u celu. W Gospodzie „Narciarnia” nagradzamy się sowiogórskim pstrągiem. Pycha.

