Jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Ośmielona sukcesem na GSB, idąc za ciosem, postanowiłam przejść kolejną słynną trasę – Główny Szlak Sudecki. I znów w wersji all inclusive, czyli dla burżujów, z podobną taktyką i mottem, że wiele zawdzięczam mężowi. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Jak zwykle wyprawie towarzyszył dreszczyk emocji, niepewności, a na koniec radość z osiągniętego celu. Choć GSS jest o wiele bardziej cywilizowany niż GSB, nie ma w sobie dzikości, tajemniczości, wyczynowości poprzednika (za to tony asfaltu, które potrafią zabić), uważam, że warto go przejść. Poznacie mnóstwo ciekawych historii i zobaczycie wiele pięknych miejsc, do których będziecie chcieli wracać!
Dzień VII: Lubawka-Sokołowsko (27,8 km)
Gdyby spojrzeć na mapę, obrys Gór Kamiennych przypomina nieco pokracznego raka. Dziś wpadnę w szczypce tego dziwaka – po dniu odpoczynku powracam bowiem na GSS. Nieco odwykła od trudów, startuję z Lubawki, miasta z bogatą przeszłością, dziś nieco zapomnianego.
Mijam miejscowy kościół pw. Wniebowzięcia NMP. By wejść do środka, muszę trochę poczekać. Właśnie trwa poranna niedzielna msza. Bogate barokowo-rokokowe wnętrze przypomina o ścisłych związkach tej świątyni z krzeszowskim klasztorem i artystami tam działającymi. Mniej szczęścia mam za to na rynku. Klasycystyczny ratusz przechodzi akurat remont elewacji, więc odgrodził się ode mnie rusztowaniami. Umieszczoną w rogu słynną kamienną figurę św. Jana Nepomucena też trudno uwiecznić w całej okazałości. W niedziele zamknięta jest, słynąca z pysznych pączków, cukiernia/piekarnia Frąckowiak. Mój wewnętrzny pożeracz cukru cierpi. Może w Krzeszowie będzie okazja, by zgrzeszyć kalorycznie?
Jak ważna na międzynarodowych trasach była kiedyś Lubawka, świadczą rozmiary dworca kolejowego. Długi na niemal 300 metrów budynek był drugim co wielkości na Dolnym Śląsku (zaraz po Wrocławiu). Teraz jest niestety w opłakanym stanie i stanowi przygnębiający widok. Choć miał być zamieniony w ekskluzywny hotel, popada w ruinę. Tak się zadumałam nad nietrwałą urodą rzeczy świata tego, że aż nie zrobiłam zdjęcia. Jak do tego doszło? Nie wiem. Całą drogę później żałowałam.
Ulica Dworcowa przechodzi w Wojska Polskiego, a ja przechodzę obok dawnego kościoła ewangelickiego, który po wojnie niszczał, a później służył jako magazyn. W pastorówce działa natomiast miejscowy komisariat policji. Gdybym szła prosto przed siebie, dotarłaby w pół godziny do granicy z Czechami. Miłośnicy piwa potwierdziliby, że to jedyny słuszny kierunek. GSS skręca jednak w ulicę Szymrychowską, a potem… zawraca. Po tygodniu wędrowania dojrzewam do stwierdzenia, że GSS biegnie dość dziwnie.
Odbijam w ulicę Lipową, wkraczając w Góry Krucze, będące częścią Gór Kamiennych. Tutaj trzeba uważać, by nie zapędzić się zbyt daleko szeroką drogą. Za ostatnią posesją czerwona strzałka kieruje mnie w lewo, ścieżką w las.
Bym zbytnio nie wydziwiała na pokręcone wytyczenie szlaku, ten odcinek jest wyjątkowo malowniczy. Leszczynowym Wąwozem podchodzę na Lipowe Siodło. Znajduje się tu skrzyżowanie ze szlakiem zielonym, którym również dotarłabym do Krzeszowa i to w czasie o połowę krótszym! Nie ma co oszukiwać i zbaczać. Tym bardziej, że nazwy okolicznych górek skłaniają raczej do doskonalenia się – Święta Góra, Anielska Góra.
Idąc przez las, trawersuję wzniesienia Gór Kruczych: Miejską Górkę ( 640 m n.p.m.) oraz Czarnogórę (621 m n.p.m.). Kto by przypuszczał, że w lesie znajdę miejsca wielce widowiskowe! Przede mną roztacza się najpierw widok na wzgórza Bramy Lubawskiej, Rudawy Janowickie i Śnieżkę, a później panorama Kotliny Krzeszowskiej i Gór Wałbrzyskich. Pierwsze skrzypce gra chyba Chełmiec, jeśli dobrze go rozpoznaję po masztach. Gdzieś tutaj powinny być również widoczne: Trójgarb oraz Lesista – mój popołudniowy cel. W czasie wędrówki przez las trzeba uważać na znaki. Na szerokich drogach mam tendencje do galopu. Jest moment, że leśny dukt trzeba porzucić na rzecz zarośniętej, wąskiej i stromej ścieżki. Tym razem udaje mi się nie przeoczyć.
Po ponadgodzinnej wędrówce od wiaty na Lipowym Siodle, docieram do kolejnej wiaty – Hubertówki. Tutaj na leśnych tablicach mogę poczytać np. o porostach. Okazuje się również, że skały za wiatą to zastygła lawa, wydobywająca się z wulkanów 250 milionów lat temu. A mojemu przemarszowi towarzyszy hasło z tablicy: Niech już zawsze las będzie wewnątrz was! Busz i chaszcze.
Stąd już bardzo blisko do Betlejem, przysiółka Krzeszowa. Znajdująca się tutaj Kaplica Groty Narodzenia Pańskiego ufundowana została przez opata krzeszowskiego Bernarda Rosę w 1674 roku. Wzorowana jest na kaplicy przy kościele Augustianów na Nowym Mieście w Pradze. Zaprojektował ją i wzniósł klasztorny budowniczy Martin Schuppert.
Aleją lipową docieram do – słynącego z imponującego monumentalnego opactwa – Krzeszowa. Miejscowość od wieków związana była z cystersami. Krzeszów, nazywany perłą baroku, zwiedziliśmy z Piotrkiem kilka lat temu. Jeśli jesteście ciekawi naszych wrażeń, odsyłam do oddzielnego wpisu na blogu.
Spodziewałam się, że w niedzielę w sanktuarium będzie sporo pielgrzymów, a tu pustki. Trafiłam na sumę, więc niemal wszyscy obecni są na mszy, więc plac przed bazyliką mam na wyłączność. Podczas pierwszego pobytu bardzo smakowało mi ciasto pieczone przez siostry benedyktynki. Niestety, słodka działalność została zawieszona z nieznanych mi powodów. Na pocieszenie zjadam szarlotkę w Starej Wozowni.
W związku z tym, że nie mam wozu, nawet starego, muszę ruszać dalej zdając się na swoje dwie nogi. Trasa biegnie przez XVIII wieczny, dwuprzęsłowy kamienny most nad Zadrną z barokową figurą św. Jana Nepomucena. Moja trasa pokrywa się z drogą procesyjną Pięciu Radości św. Anny, prowadzącą z sanktuarium na Górę św. Anny.
Za wsią rozciągają się Krzeszowskie Wzgórza. Podejście na nie jest dość łagodne z pięknymi widokami na bazylikę i otaczające ją okoliczności. Nawet stąd doskonale widoczna jest Śnieżka. Spokój, sielanka i swojskie klimaty z belami słomy. Żeby nie było zbyt nudo o atrakcje zadbał przedstawiciel rasy, którą na górskich szlakach kocham najbardziej. Gdy tylko docieram do lasu, słyszę warkot motoru. Po ścieżce pomyka w moją stronę młodzian w kasku. Otarłam się o śmierć, bo nie chciałam zejść ze ścieżki w krzaki. Gdyby mój wzrok mógł zabijać, byłby nieboszczyk w kasku jak się patrzy. Być może na górze modlił się o rozum. Najwyraźniej modły nie zostały wysłuchane. Wdech, wydech, wdech, wydech. Dupek nie zepsuje mi dnia.
Po ponad 40 minutach od wyruszenia z Krzeszowa, docieram do kaplicy, położonej na Górze św. Anny (693 m n.p.m.). Barokowa budowla wzniesiona została w 1722 roku za rządów opata Dominika Geyera. Kult św. Anny, wraz z maryjnym, był ważnym elementem okresu kontrreformacji. Kościół powstał w związku z przekształceniem Krzeszowa w jedno z najważniejszych na Śląsku sanktuariów pielgrzymkowych. Do naszych czasów dotrwały zaledwie ruiny kaplicy. Odbudowano ją w 2011 roku.
Idę w kierunku najwyższego w okolicach wzniesienia – Góry Ziuty. Czyżby tutaj Ireneusz Dudek znalazł natchnienie? Nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak? Jeśli szło się pod górę, trzeba potem oczywiście zejść w dół. Moja ścieżka nie zapomina o tej prawidłowości. Początkowo wiedzie dość stromo, potem już znacznie łagodniej (co za ulga!).
Wreszcie spotykam Piotrka i we wiacie z widokiem na Masyw Dzikowca robimy popas. Nie jesteśmy sami. Towarzyszy nam miłośniczka książek z Boguszowa-Gorc, czekająca tutaj na rodzinę, która wybrała się na grzyby.
Dalsza trasa oznacza niestety przemarsz asfaltem przez zwykłe Grzędy i Grzędy Górne. Odcinek ma długość dwa i pół kilometra. W okolicach znajdują się ruiny średniowiecznego zamku Konradów, ale szlak oczywiście je omija. Piotrkowi marzy się pstrąg w smażalni Pięknojeść. Ja jestem niechętna. Mamy mało czasu, do Sokołowska jeszcze kawał drogi, a na pstrąga trzeba by czekać z pół godziny. Zresztą kto lubi sapać z pełnym żołądkiem? Piotrek lubi, więc się na mnie trochę obraża. Mąż ma jednak tę zaletę, że po pewnym czasie mu przechodzi (zdecydowanie szybciej niż mi).
Tuż za smażalnią, wciąż milczący, wkraczamy na teren Parku Krajobrazowego Sudetów Wałbrzyskich. Szlak dość stromo wspina się stokami Suchej Góry.
Nasz cel to Lesista Wielka, wpisana na listę Diademu Polskich Gór, jako najwyższa w Masywie Dzikowca i Lesistej. Na rozległym wierzchołku (853 m n.p.m. według tabliczki) odpocząć można we wiacie. My jednak pędzimy w stronę szczelin wiatrowych (skok w bok niebieskim szlakiem). Cyrkulacja powietrza powoduje, że szczeliny świszczą, niestety przy nas były bezdźwięczne. To kara, że wciąż milczymy. Stąd do Australii (przez szczelinę) tylko 12 tysięcy 756 kilometrów.
Mijamy wierzchołek Ostrosz (795 m n.p.m.), o czym zaświadcza przybita do drzewa tabliczka. Teraz wisienka na torcie. Coś o czym moje kolana zawsze marzą – strome zejście z efektami hamowania. Szczeliny nie piszczały, za to moje nogi owszem. Na szczęście to krótki odcinek.
Jesteśmy w Ługowinie, przysiółku wsi Kowalowa. Dawniej stało tu kilkanaście zagród z dostępem do wody z potoku. Większość budynków zniknęła bez śladu. Ocalało wyjątkowe drzewo – Perpetua, jabłoń pełna życia. Okaz z gatunku jabłoń domowa to jeden z najstarszych w Polsce (liczy ok. 120 lat).
Już znacznie mniej obrażeni przecinamy drogę krajową35. Jeszcze tylko dwa kilometry asfaltem i jesteśmy na miejscu – przy ulicy Słonecznej w Sokołowsku.

