Jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Ośmielona sukcesem na GSB, idąc za ciosem, postanowiłam przejść kolejną słynną trasę – Główny Szlak Sudecki. I znów w wersji all inclusive, czyli dla burżujów, z podobną taktyką i mottem, że wiele zawdzięczam mężowi. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Jak zwykle wyprawie towarzyszył dreszczyk emocji, niepewności, a na koniec radość z osiągniętego celu. Choć GSS jest o wiele bardziej cywilizowany niż GSB, nie ma w sobie dzikości, tajemniczości, wyczynowości poprzednika (za to tony asfaltu, które potrafią zabić), uważam, że warto go przejść. Poznacie mnóstwo ciekawych historii i zobaczycie wiele pięknych miejsc, do których będziecie chcieli wracać!
Dzień VI: Bukowiec-Lubawka (28,1 km)
Rzecz o licznych skokach w bok, baniach pełnych wody oraz niskich upadkach, gdy myśli się o jedzeniu.
Wielce wiekopomna chwila – dzisiaj na szlaku pękła pierwsza setka. Do celu zostało niewiele, zaledwie 350 kilometrów. Ten odcinek był szczególnie bogaty w historyczne momenty: na przykład mój pierwszy w tym sezonie upadek na szlaku. Nic dziwnego. Przebieg trasy przypominał kardiogram – góra, dół, góra, dół. Na dodatek była to jedna z dłuższych tras na GSS – 28 kilometrów, plus skoki w bok i nadprogramowe wizyty na Skalnej Bramie, Diabelskiej Ambonie i Skalniku. Wiecie co to oznacza? Masakra/mordęga/męczarnia.
Start wypadł nieopodal kościoła pw. Św. Jana Chrzciciela w Bukowcu. Wybór ulicy Wiejskiej sugeruje szlakowskaz, natomiast nawigacja uparcie sprowadza mnie na ul. Szkolną. Dzięki wstępnemu zamieszaniu, udało się zobaczyć średniowieczny kamienny krzyż pokutny, ustawiony przy siatce przy jednej z posesji.
Trasa na początek dość łagodna. Na przystawkę zbaczam z niej, by zobaczyć ciekawą formację – Skalną Bramę im. Klöbera. Nazwa pochodzi od nazwiska śląskiego kartografa i historyka, który często gościł i pracował w tych stronach. Drogę wskazuje namalowana na drzewie pomarańczowa strzałka. Idę kilkadziesiąt metrów wąską ścieżką w kierunku szczytu Bramka. Skalną Bramę tworzą trzy bloki skalne – coś na kształt przejścia.
Jeśli się zboczyło, trzeba wracać na jedynie słuszną drogę – czerwony szlak GSS. Na Przełęczy pod Brzeźnikiem docieram do drugiego końca porzuconej ul Wiejskiej. Gdyby zboczyć na niebieski szlak, można dotrzeć do lokalnej górki, Brzeźnika, od którego przełęcz wzięła nazwę. Szlak wiedzie między niewielkimi wzniesieniami: Górą Parkową i Bukową, czyli – jak nie trudno się domyślić – omija je (jak to GSS). Podobnie jak Diabelską Ambonę, na którą oczywiście zbaczam. Dawny punkt widokowy został już zapomniany. Przedzieram się w jego kierunku przez straszne chaszcze, zapewne domostwa dolnośląskich kleszczy. Na skałce zachowały się jeszcze pozostałości barierek.
Dalsza część trasy wiedzie przez cienisty las świerkowo-bukowy, nad miejscowością Wojków, stanowiącą obecnie część Kowar. Od czasu do czasu z dołu dobiegają odgłosy jakiegoś życia. Do tej pory nie spotkałam żadnego turysty. Piszesz i masz! Schodzę w dół do asfaltowej drogi z Wojkowa do Gruszkowa i położonego przy niej Źródła Jola. Patrzę, a tam para! W kilka baniaków nalewają wody ze źródła. Nalewanie trwa i trwa, a ja czekam i czekam, bo chcę zrobić zdjęcia, nie naruszając dóbr wizerunkowych pary. Podobno wodę stąd wykorzystywano kiedyś do produkcji kowarskiego piwa. Patrząc na te baniaki, zapowiada się niezła chmielowa produkcja. Źródło Jola było przed wiekiem popularnym celem spacerów kuracjuszy z Wojkowa. Teraz ocembrowanie przeszło lifting, Pojawiły się repliki skrzata i żaby, autorstwa Macieja Wokana lokalnego artysty (to ten sam, który stworzył sieć skalnych ławek w Szklarskiej Porębie).
Od źródełka czeka mnie marsz asfaltem przez około 700 metrów. Powoli wkraczam na teren Rudaw Janowickich. Na parkingu przy Przełęczy pod Średnicą stoi kilka aut. Niegdyś było to popularne miejsce widokowe na pasmo Karkonoszy. Tutaj również spacerowali kuracjusze, leczący się w pobliskim sanatorium (obecnie w pięknych budynkach mieszczą się szpitale Bukowiec i Wysoka Łąka). Po drugiej stronie jezdni leży graniczny kamień z herbem dawnych właścicieli tych terenów – Von Reussów. Głaz oddzielał tereny leśne Wojków (Hohenwiese) i Gruszków (Bärndorf).
Od przełęczy przez 2 kilometry idę asfaltem do Wilczyska. Podejście jest dość mozolne. Tym bardziej, że przemykam wśród robotników pracujących przy wycince drzew. Trudy umilają leżące wzdłuż trasy kamienie z nazwami dróg leśnych i sentencjami. Gdyby człowiek uczył się w szkole niemieckiego, to mógłby poczytać. Wreszcie docieram do Wilczyska (790 m n.p.m.). Stoi tutaj wiata turystyczna oraz ułożona z wyciosanych bloków granitu Kamienna Ławka, będąca elementem przedwojennej infrastruktury dla letników. Na dole wciąż wymacać można napis Heinrich XXX Prinz Reuss 25 11 1925.
Teraz czeka mnie strome podejście w okolice Ostrej Małej. Będzie ostro! Najbardziej męczący odcinek rozpoczyna się w miejscu, gdzie mój szlak łączy się z żółtym i zielonym. Aby tradycji stało się zadość, kolejny raz tego dnia zbaczam z trasy, by zdobyć najwyższe wzniesienia Rudaw Janowickich. Na początek Ostra Mała, która ostatnio urosła i zdetronizowała Skalnik (z tymi małymi to nigdy nie wiadomo). Na punkt widokowy wiodą wykute w skale schody. Podziwiać można Karkonosze, Góry Izerskie, Kotlinę Jeleniogórską, Góry Kaczawskie i Rudawy Janowickie. Są tablice z opisem, gdyby były wątpliwości, co się widzi oraz grupa turystów, którzy jutro planują zdobyć Śnieżkę, wjeżdżając na nią kolejką. Można i tak.
Wracam do węzła szlaków przy Małej Ostrej i, podążając za niebieskim kolorem (ok. 700 metrów), idę na Skalnik. To już czwarte tego dnia zboczenie. Skalnik (945 m n.p.m.) zaliczany jest do Korony Sudetów, Korony Sudetów Polski, Korony Gór Polski i Diademu Polskich Gór. Jest tabliczka z wysokością, a nieco głębiej w lesie, obok tablicy informacyjnej, skrzynka z pieczątką. Choć wysokościowe przepychanki z Ostrą Małą trwają od lat, to Skalnik oficjalnie jest najwyższy we wszystkich zestawieniach.
Wracam na rozdroże, na którym znajduje się głaz, upamiętniający hm. Janusza Boisse, nauczyciela geografii i komendanta szczepu harcerskiego, przez lata związanego z Łodzią. Teraz czeka mnie zejście kamienistą ścieżką, a potem drogą na Przełęcz pod Bobrzakiem i Rozdroże pod Bobrzakiem (będące górną częścią Czarnowa). Wszystko pod Bobrzakiem? Co z nim, że taki popularny? To szczyt, na który nie prowadzi żaden szlak, tylko wydeptana ścieżka z przełęczy.
Idę szeroką drogą niczym Starym Traktem Kamiennogórskim. Według szlakowskazu od Szarocina dzieli mnie godzina, a do Lubawki pozostało ponad 5 godzin marszu! Nie jest dobrze. Tu spotykam turystów, którzy pobłądzili w drodze na Skalnik. Mieli trzymać się niebieskiej farby, ale chyba poszli w złą stronę.
Oni na Skalnik, ja na stoki Wilkowyi (bo przecież GSS nie jest od tego, żeby wchodził na wierzchołek). A u mnie deficyt energii. Nie mam siły znów zbaczać z trasy, więc Wilkowyję sobie daruję. Przede mną wielka zielona łąka. To Przełęcz pod Wilkowyją. Zemsta góry za wzgardę jest straszliwa, bo się trochę pogubiłam. Pamiętałam, żeby skręcić w prawo i wlazłam w jakieś krzole.
Po powrocie na właściwe tory, szlak zaczyna wspinać się na szczyt o nazwie Liściasta. I nie jest to herbata. Po drodze spotykam Piotrka, a potem turystę, który samotnie pokonuje GSS w przeciwnym kierunku. Grzbietem Liściastej przez las (również liściasty) schodzimy do wsi Szarocin.
W Szarocinie przecinamy drogę wojewódzką 367 z Kamiennej Góry do Kowar i wbijamy się w uliczkę z drogowskazem Nowa Białka 2 km, by po chwili skręcić w lewo. Idziemy podnóżem najpierw Łyska, potem Łysuni. Wieś Szarocin była własnością krzeszowskiego klasztoru, a potem rycerskich rodów. Mijamy dwupiętrowy, kryty czterospadowym dachem pałac (obecnie mieści się w nim DPS). We wsi istniał także folwark, gospoda i młyn wodny.
Atrakcją popołudnia jest podejście na Świerczynę. Szczyt niewysoki (720 m n.p.m.), ale podejście na niego długie. Jeśli mnie jest ciężko, co mają powiedzieć uczestnicy nocnego Ultramaratonu Sudeckiego, którzy będą tędy biec? Piotrek oczywiście zapoznał się z jednym z biegaczy – kierowcą z Poznania. Trudy mozolnego wejścia wynagradzamy sobie popasem na wierzchołku.
Zejście ze Świerczyny to nasze pożegnanie z Rudawami Janowickimi. Zahaczamy o skraj Starej Białki i przecinamy drogę z Kamiennej Góry do Miszkowic. Teraz czeka nas grubo ponad kilometrowy odcinek asfaltowy. Paprotki to niewielka wieś u podnóża Zadziernej – naszego kolejnego celu.
Kolana po prostu kochają takie doświadczenia. Nie ma to jak dać sobie wycisk na końcówce, gdy człowiek ledwo zipie – 200 metrów przewyższenia! Trud wędrówki uprzyjemniają widoki, np. na Chełmczyk z plamą wyciętego lasu na stoku.
Zadzierna (724 m n.p.m.) to najwyższy szczyt Wzgórz Bramy Lubawskiej, zaliczany do Korony Sudetów Polskich. W partiach szczytowych (z trasami wspinaczkowymi) spotkać można liczne wychodnie skalne, a najwyższe osiągają 15 metrów wysokości. Na jednej z nich znajduje się zachęcająca do pozowania fotoramka oraz zabezpieczony barierkami punkt widokowy, z którego kontemplujemy szeroką panoramę okolicy: lśniącą taflę zbiornika Bukówka, Karkonosze, które reprezentuje Śnieżka oraz Grzbiet Lasocki z Łysociną, Rudawy Janowickie, a po lewo czeskie Rychory. Na szczycie spotykamy kolejnych turystów (dzięki nim mamy fotkę) i wysłuchujemy opowieści o kontuzjowanym kolanie wyczynowca.
Szlak ostro w dół sprowadza w stronę Bukówki. Na zejściu stuknęło nam 100 kilometrów przebiegu. Jak to uczcić? Najlepiej wielkim ślizgiem. Sunę powoli, hamuję, kolana piszczą, ledwo dyszę i dla podbudowania morale rzucam do Piotrka: – Może byśmy coś zjedli w Lubawce? Czy już pisałam, że łakomstwo jest zgubne? Po tej kulinarnej propozycji runęłam jak długa i na czterech literach dokonałam długiego zjazdu. Całe szczęście, że mam rozbudowane amortyzatory. Pamiątka tego upadku towarzyszyła mi potem przez całą wyprawę, przybierając rozmaite barwy. Na własnej skórze przekonałam się, że nie zadziera się z Zadzierną!
Kuśtyk, kuśtyk. Suniemy przez Bukówkę. wioskę rozlokowaną wzdłuż rzeki Bóbr. Dopinguje nam stojący przy bramie pan, który codziennie obserwuje wędrowców GSS. Do Lubawki docieramy wygodną ścieżką rowerową, wybudowaną przy trasie 369, podziwiając przy okazji widoki na Góry Krucze. Auto czeka na nas na parkingu przy ulicy… Cmentarnej. Jakże adekwatna nazwa! Pozostaje już tylko dotrzeć na nocleg do Kostrzycy.

