Od tyłka w krzakach po park romantyczny

Jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Ośmielona sukcesem na GSB, idąc za ciosem, postanowiłam przejść kolejną słynną trasę – Główny Szlak Sudecki. I znów w wersji all inclusive, czyli dla burżujów, z podobną taktyką i mottem, że wiele zawdzięczam mężowi. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Jak zwykle wyprawie towarzyszył dreszczyk emocji, niepewności, a na koniec radość z osiągniętego celu. Choć GSS jest o wiele bardziej cywilizowany niż GSB, nie ma w sobie dzikości, tajemniczości, wyczynowości poprzednika (za to tony asfaltu, które potrafią zabić), uważam, że warto go przejść. Poznacie mnóstwo ciekawych historii i zobaczycie wiele pięknych miejsc, do których będziecie chcieli wracać!

Dzień V: Karpacz Biały Jar-Bukowiec (18,5 km)

Rzecz o kamiennym tyłku, Patelni pod niemiecką okupacją, tyrolskich osadach, angielskich parkach, nabieraniu wody w usta, czyli robi się bardzo międzynarodowo.

Poranny smuteczek, ponieważ opuszczamy sielskie progi Domu Gościnnego „Zielarnia” w Szklarskiej Porębie. W okolicach zostało sporo miejsc do bliższego i dalszego poznania oraz przełażenia, więc są powody, by tu wrócić. Póki co, wracamy do Karpacza i miejsca porzucenia GSS, czyli ulicy Konstytucji 3 Maja. Choć pora wczesna (jak na wakacje), ulicą przechadza się już kilkoro wczasowiczów.

Czerwony szlak omija centrum miasta. Moim pierwszym celem, do którego wiedzie GSS jest zapora na Łomnicy – punkt obowiązkowy każdej szanującej się wycieczki po Karpaczu. Potok Łomnica stanowił niegdyś naturalną granicę między dwiema wsiami: Karpacz i Karpacz Górny. Po wojnie tę drugą nazwano Bierutowicami, na cześć towarzysza Bieruta. Dobrze, że Śnieżka nie została przemianowana na działaczkę Wandę.  

Mijam Willę „Nad Zaporą” (ul. Konstytucji 3 Maja 80), na której umieszczona jest tablica poświęcona niemieckiej pisarce żydowskiego pochodzenia, Eise Ury, autorce książek dla dzieci. Budynek, przed którym stoję, kupiła w 1926 roku jako domek letniskowy dla swojej rodziny. Pisarka zamordowana została w obozie w Auschwitz.

Jeszcze tylko kilka kroków przez miejscowy park i już jestem przy półkolistej zaporze i malowniczym zalewie. Korona zapory ma długość ponad 100 metrów i jest częstym celem spacerów. Dzisiaj jednak nie jest oblegana – jej miłośnicy jeszcze śpią. Jak mogłam wyczytać na tablicy informacyjnej, Łomnica jest jedną z najniebezpieczniejszych górskich rzek. Znana jest z tego, że bywa bardzo kapryśna i zdradliwa (zupełnie jak Śnieżka). Podczas powodzi w 1897 roku zniszczyła wiele domów, dróg, gospodarstw, podmyła nasyp kolejowy, dlatego ówczesne władze podjęły decyzję o wybudowaniu systemu ochrony przeciwpowodziowej. W latach 1910-1915, w ramach realizacji tego wielkiego programu, koryto rzeki na wielu odcinkach uregulowano i obudowano, wzniesiono zapory przeciwrumoszowe i progi zwalniające.

Szlakowskaz, umiejscowiony za zaporą, informuje: na Przełączkę – 1 h 15 min., a do Mysłakowic – 4 h 15 min. Idę przez las w kierunku wzgórza o cukierniczej nazwie Karpatka. Podejście na nią jest chyba najbardziej wymagającą częścią dzisiejszego odcinka, mimo to bez zadyszki. Położona w centrum miasta Karpatka to granitowe wzgórze, wysokie na 726 metrów n.p.m., porośnięte naskalnym lasem sosnowym. Szczyt i zbocza pokrywają liczne bloki skalne. Wzniesienie stanowi dobry  punkt widokowy na miasto i Karkonosze. Mogę sobie popatrzeć, gdzie wczoraj byliśmy.  

Z Karpatki schodzę na ul. Myśliwską. W tej dzielnicy życie turystyczne kwitnie. Ludzie przemieszczają się z walizkami. Ja dla odmiany z kijami. Według szlakowskazu, od Przełączki dzieli mnie 50 min., a od Mysłakowic – 3 h 45 min. Tuż pod lasem mijam osiedle małych krematoriów. Cóż za uroczy zakątek. W lesie napotykam kolejny punkt orientacyjny – tablicę obwieszczającą, że Karpacz jest przyjazny rowerom. A czy jednoślady odwzajemniają to uczucie?

Na GSS, jak na razie, ludzi brak. Na Przełączce pod Grabowcem do czerwonego szlaku dołącza żółty, łączący Słonecznik, okolice Karpacza Górnego, Czoło i Sosnówkę. GSS omija, położoną na zalesionym zboczu Grabowca, Kaplicę św. Anny nad Dobrym Źródłem, więc żeby tam dotrzeć muszę po raz kolejny zboczyć. Gdzieś z lewej strony dobiegają gromkie śpiewy, modlitwy i dźwięki gitary, wzmocnione przez głośnik. Niemożliwe, żeby to była grupa schodząca wczoraj z księdzem do Kotła Łomniczki. A może jednak? Tak to się dziwnie w życiu kotłuje. 

Pierwsza udokumentowana informacja o istnieniu tzw. Kościółka Źródlanego pochodzi z kroniki z 1220 roku. Obecny wygląd i wystrój świątynia zawdzięcza ostatniej przebudowie z lat 1718-1719, na polecenie ówczesnego właściciela tych terenów hrabiego Hansa Antona von Schgaffgotscha. Ostatni remont na początku obecnego tysiąclecia przeprowadziła lokalna społeczność. Można zajrzeć do wnętrza. Obraz z ołtarza głównego namalował Jeremias Joseph Knechtel z Legnicy.

Stara legenda głosi, że jeżeli w usta nabierze się wody z Dobrego Źródła i przebiegnie siedem razy wokół kaplicy, oczywiście nie połykając rzeczonej wody , szczęście w miłości zapewnione. Wiadomo – sport i matematyka to podstawa! Sposób ten wypróbowuje grupa dziewczynek, która przybyła tutaj z wycieczką. Czy kierunek biegania ma znaczenie? Lepiej od prawej do lewej czy odwrotnie? O tym legenda nie mówi.  

Przed kaplicą umieszczone są trzy krzesełka wymontowane z dawnego wyciągu na Kopę. Przywiązanie do stołków (również w wydaniu turystycznym zawieszonym) istnieje i ma się dobrze. Uruchomiony w 1960 roku wyciąg Zbyszek był w tamtym czasie najdłuższy na świecie.

Tą samą trasą powracam na porzucony szlak czerwony. Idę samotnie przez las. Toż to szok dla organizmu! Po ścisku pod Śnieżką, na GSS żywej duszy. Żebym nie czuła się taka samotna, zza krzaków wypina się na mnie sporych rozmiarów tyłek. Żądnych nagości odsyłam do jednego ze zdjęć w galerii.

Po kwadransie marszu przez las, docieram do Patelni (oczywiście muszę nieco zejść ze ścieżki). To skałka gwarantująca rozległe widoki na Kotlinę Jeleniogórską. By się wdrapać na wierzchołek, trzeba odnaleźć zamaskowane schodki. Wchodzę, a tam zaskoczenie – LUDZIE (i to zza zachodniej granicy). Podobno Patelnia (w tej chwili pod niemiecką okupacją) była kiedyś miejscem kultu, a obecnie – mocy (znajduje się tu czakram). Wszystko stało się jasne. Już wiadomo, skąd ta siła do przejścia setek kilometrów.  

Pełna mocy, kolejne osoby na szlaku spotykam za Rozdrożem pod Grabowcem, przy ruinach prewentorium dla dzieci. Kilka zdjęć, żeby mieć się czym chwalić i w drogę! Idę, idę, oczywiście naergetyzowana po Patelni, aż tu nagle stop! Wstążkowy szlaban. Tajni sprawcy (domyślam się, że leśnicy) karteczką kierują mnie na awaryjną drogę pożarową. Pewnie trwa wycinka drzew.   

Opadająca w dół droga pożarowa wyprowadza mnie w okolice Miłkowa. W tym miejscu opuszczam Karkonosze i wkraczam na teren Kotliny Jeleniogórskiej, a to oznacza, że zrobi się jeszcze bardziej płasko i niestety asfaltowo. Na razie mogę podziwiać panoramę Miłkowa nad stawami. Dawniej wieś tę zamieszkiwali zajmujący się zielarstwem laboranci.  

Przy przydrożnej figurce z widokiem na Śnieżkę (dzisiaj się dąsa i chmurzy), skręcam w lewo, by za chwilę przeciąć drogę wojewódzką 366 – zero ruchu. Ulicą Głębocką szlak prowadzi, no zgadnijcie dokąd? Do Głębocka! Sunę za miejscową atrakcją – bryczką z wczasowiczami, czyli tempo marszu mam iście końskie. Tu spotykam Piotra i od tej chwili suniemy razem. Po minięciu wsi szlak prowadzi podnóżem niewielkiej góry Czerwoniak. Po drugiej stronie mamy wały suchego zbiornika przeciwpowodziowego. Gdy napotykamy przydrożną ławeczkę, robimy krótki popas pod leszczyną. Opóźniani przez spadające orzechy (kto im się oprze?), idziemy wąską ścieżką przy strumyku Miłkówka.

Wreszcie docieramy do Mysłakowic, miejsca, w którym osiedlili się przybysze z Tyrolu, emigranci religijni pochodzący z okolic doliny Zillertal w Austrii. Pamiątką po nich są charakterystyczne domy tyrolskie (spadziste dachy, długie drewniane balkony). By zobaczyć lokalne atrakcje (pałac, kościół z pompejańskimi kolumnami oraz szczęki wieloryba)  oczywiście musimy zboczyć z trasy. Czy GSS naprawdę musi wszystko omijać? Jeśli ktoś jest ciekawy owych atrakcji, zapraszam do lektury oddzielnego wpisu na naszym blogu.

Jak myślicie? Czy GSS prowadzi na wierzchołek Mrowca, czy raczej go omija? Bingo. Oczywiście, że omija. Podążając za czerwoną farbą idziemy stokiem górki, drogą rozjeżdżoną przez ciężki sprzęt.

Wkraczamy na teren parku w Bukowcu. Założył go w stylu iście angielskim hrabia von Reden. Park to blisko 120 hektarów do przełażenia, więc warto w Bukowcu zrobić sobie dłuższą przerwę, bo jest co oglądać, a potem poświęcić mu oddzielnie miejsce na blogu. My musimy jeszcze dotrzeć pieszo do Kostrzycy, w której nocujemy. Po drodze zahaczamy o Karczmę Gniewków czynną tylko do 16.00. Jak mówi właściciel, taką godzinę dyktują oszczędności. Biznes prowadzi tylko z żoną. A jedzenie? Palce lizać!