Zboczenie na Śnieżkę

Jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Ośmielona sukcesem na GSB, idąc za ciosem postanowiłam przejść kolejną słynna trasę – Główny Szlak Sudecki. I znów w wersji all inclusive. Wyprawa w moim wydaniu nie miała charakteru ekstremalnego. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Jak zwykle wyprawie towarzyszył dreszczyk emocji, niepewności, a na koniec radość z osiągniętego celu. Choć GSS jest o wiele bardziej cywilizowany niż GSB, warto go przejść. Poznacie wiele ciekawych historii i zobaczycie wiele pięknych miejsc, do których będziecie chcieli wracać!

Dzień IV: Przełęcz Karkonoska-Karpacz (15,1 km)

Rzecz o sprawdzaniu godziny, ścisku na łaskawej Śnieżce, gdzie krasnoludków było zdecydowanie więcej niż siedmiu, czyli magia wysokości działa.

Znana to prawda, że za luksusy trzeba płacić dosłownie i w przenośni. Jeśli nie chce się korzystać ze schronisk lecz z pensjonatów, zbacza się z drogi, to potem trzeba na tę drogę wrócić. Oznacza to dodatkowe kilometry. Dzisiaj te nadprogramowe kilometry to trasa z Przesieki na Przełęcz Karkonoską. Czy znacie to wspaniałe podejście pokruszonym asfaltem? Kąt nachylenia jest taki, że moje łydki kwiczą nienaturalnie wygięte. Toż to przegięcie! A co mają powiedzieć rowerzyści!? Trasa uznawana jest za najtrudniejszy podjazd szosowy w Polsce. Trzeba więc cieszyć się, że nie jadę na dwóch kółkach.

Zapowiada się kolejny upalny dzień, czyli żar będzie lał się na łeb, a mój tłuszcz zostanie poddany procesowi wytapiania. Godzina wczesna, więc na trasie spotkałam tylko trzy osoby. Niebieski szlak, którym idę pokrywa się częściowo z dawną Drogą Sudecką, łączącą Borowice i Spindleruv Mlyn. Jej budowę rozpoczęto podczas II wojny światowej, ukończono natomiast w latach 70. Ruch samochodowy możliwy jest tylko po czeskiej stronie. Cudownie! Na tym morderczym podejściu tempo mam naprawę świetne – niczym samochód – i w niewiele ponad godzinę docieram na Przełęcz Karkonoską.

Powrót na szerokie siodło oznacza powrót na czerwony Główny Szlak Sudecki. Mijam Spinlerovą Boudę (wariant ustronny i zaciszny) oraz właściwy budynek – hotel z niecałymi czterema gwiazdkami nad wejściem. Nie korzystam ze strefy SPA, lecz idę dalej zbaczając nieco z trasy do Schroniska „Odrodzenie”, by zdobyć pieczątkę, nawiedzić miejsce ustronne i odrodzić się po wycisku. Choć ludzi niewiele, stworzyła się mini kolejka, jak to w damskiej toalecie.

Schronisko położone jest na zachodnim stoku Małego Szyszaka, powyżej Przełęczy Karkonoskiej. Ma dość zwichrowaną historię. Było bazą Hitlerjugend, a w czasie wojny –domem wypoczynkowym dla niemieckich oficerów. Jestem na wysokości 1236 metrów n.p.m. Sprzed budynku podziwiać mogę rozległą panoramę Kotliny Jeleniogórskiej oraz okolicznych wzniesień, m.in. Wielkiego Szyszaka czy Hutniczego Grzbietu, górującego nad przebytą przeze mnie drogą z Przesieki.  

Szlakowskaz informuje, że od Słonecznika dzieli mnie godzina, a od Domu Śląskiego – dwie. Idę północnymi zboczami Małego Szyszaka, wspinając się po chwili na Tępy Szczyt, którego wierzchołka nie zdobywam. Szlak tak jest bowiem poprowadzony, że omija wszelkie możliwe kulminacje. Dlatego, żeby tradycji stało się zadość, zatacza łuk pod szczytem Smogorni 1490 m n.p.m. (to trzeci pod względem wysokości szczyt w paśmie).

Trasa nie omija za to Słonecznika (1420 metrów n.p.m.). Słynna skałka owiana jest legendami. Profil północnego filara przypomina stojącą postać, zwróconą ku Kotlinie Jeleniogórskiej. Niegdyś wierzono, że jest to sylwetka diabła strzegącego Wielkiego Stawu W bardziej współczesnych czasach Słonecznik był nazywany Mittagstein i Poledni Kámen, co oznacza Kamień Południowy. Dla mieszkańców okolicznych wsi pełnił rolę zegara słonecznego, wskazując godzinę 12.00. Nie do końca to rozumiem. Czy słońce ma być nad Słonecznikiem w południe? A nie zmienia się to w zależności od pory roku?

Przy Słoneczniku spotykam Piotrka, który dotarł tutaj z Karpacza szlakami zielonym i żółtym. Przyprowadził ze sobą liczne towarzystwo. To nie to samo co pustki rowerowego podjazdu z Przesieki. Nie chce nam się czekać do 12.00, by sprawdzić, co dzieje się nad Słonecznikiem w samo południe, więc idziemy dalej.

Nasza dalsza trasa przez cały czas biegnie niemal na tej samej wysokości, więc jest to wygodny spacerek aż do schroniska „Dom Śląski”. Na dodatek jest to odcinek ciekawy widokowo, wiedzie bowiem wzdłuż krawędzi imponujących kotłów polodowcowych, w których leżą Wielki i Mały Staw. Ten pierwszy jest największym jeziorem górskim Karkonoszy. Piękne i rozległe widoki, wysokie wyżłobione ściany stromo opadające skalnymi stopniami, a w dole legendarne schroniska – „Samotnia” (tu przed wiekami strażnik stawu pilnował pstrągów w dobrach rodu Schaffgotschów) oraz „Strzecha Akademicka”. Nic więc dziwnego, że chętnych do podziwiania nie brakuje.

To jednak nic w porównaniu z tym, co dzieje się pod „Domem Śląskim”. Wszyscy, tak jak i my, chcą wejść na Śnieżkę. To i tak nie jest frekwencyjny rekord, bo chodzić można swobodnie. Swobodnym i luźnym krokiem znów zbaczamy z Głównego Szlaku Sudeckiego, by wspiąć się na najwyższą górę w Karkonoszach.

Szczyt sezonu, więc wiodąca zakosami kamienna ścieżka jest jednokierunkowa. Można nią wspiąć się na wierzchołek, lecz nie można nią zejść. Nasza kondycja niczego sobie, lepsza niż na studiach, zygzakowaty odcinek pokonujemy „na raz”. Trasa wielce ucywilizowana. Gdzie te rumosze i umykające spod stóp kamyki, na których przed laty człowiek walczył o życie? Po drodze mijamy sapiących, a tuż pod szczytem – krzyż i tablicę, upamiętniającą dwóch czechosłowackich ratowników Horskiej Służby. Štefan Spusta i Jan Messner zginęli podczas akcji 16 stycznia 1975 roku, gdy nieśli pomoc lekarzowi z Karlovych Varów.  

Śnieżkę (mierzącą według najnowszych pomiarów 1603 metry n.p.m.) wzięliśmy chyba z zaskoczenia, bo nie zdążyła przygotować się i powitać nas zimnem, wichurą i chmurami. Królewna nie kaprysi i przyjęła nas wyjątkowo słonecznie i widokowo. Na szczycie dziki tłum i kłęby papierosowego dymu. Dobrze, że wierzchołek jest obszerny, więc miejsca pod dostatkiem. Oprócz rzeszy turystów, mieszczą się tutaj słynne „Spodki”, czyli zamknięte obecnie na siedem spustów Obserwatorium Wysokogórskie im. Tadeusza Hołdysa, czeska restauracja i taras widokowy oraz najstarszy budynek na Śnieżce –barokowa kaplica św. Wawrzyńca, opiekuna górskich przewodników i ratowników, ufundowana przez hrabiego Christopha Leopolda Schaffgotscha. Śnieżka jako najwyższa w Czechach należy do Korony Europy, a jako najwyższa w Karkonoszach – wpisana została na listy Korony Gór Polski i Diademu Polskich Gór.

Drogą Jubileuszową wracamy w okolice „Domu Śląskiego”. Na wejście do budynku nie ma szans, przed wejściem ciągnie się długi ogonek oczekujących. Dlatego na popas usadawiamy się przy ławie. Jedząc przyniesione na własnym grzbiecie kanapki, podziwiamy otoczenie Równi pod Śnieżką, szczególnie tundrową czeską stronę.

Teraz czeka nas strome zejście licznymi zakosami po kamiennych stopniach do Kotła Łomniczki. Razem z nami schodzi niemiecka grupa młodzieży z księdzem. Mijamy symboliczny cmentarz Ofiar Gór z tablicą z napisem „Martwym ku pamięci, żywym ku przestrodze”.  Jego uroczyste otwarcie miało miejsce 10 sierpnia 1983 w Dzień św. Wawrzyńca. Nad nami wznoszą się strome stoki Śnieżki i Czarnego Grzbietu, po lewej mamy granitowe ściany Kopy. To właśnie na tę górkę większość zdobywców dociera wyciągiem.

Gdy najgorsze mamy już za sobą, docieramy do urokliwego Wodospadu Łomniczki. Współczuję tym, którzy idą w przeciwnym kierunku. Na Śnieżkę mają jeszcze hektar w górę. Nadzieja na wypoczynek w Schronisku nad Łomniczką prysła, ponieważ obiekt przechodzi remont. Według szlakowskazu, do Karpacza (Biały Jar rondo) została nam zaledwie godzina.

Leśna dróżka wiedzie doliną potoku Bystrzyk. To dawny trakt turystyczny Forsthain Weg (droga do leśnego zagajnika) do Karpacza. I wreszcie widzimy pierwsze budynki. Wita nas wielki hotel Orlinek. Wokół obszerne parkingi. Na jednym z nich ugotowały się w aucie nasze gołąbki w słoikach.

Stwierdzam, że przejdę jeszcze dalej do ronda i stacji paliw przy ul. Konstytucji 3 Maja, skąd jutro łatwiej będzie mi wyruszyć. Po drodze dowiaduję się, że właśnie na Orlinku w Karpaczu od 1999 do 2007 roku metę miał Tour de Pologne. Podjazd na Orlinek nazywany jest Ścianą Płaczu, ponieważ na odcinku 4 km trzeba pokonać 400 metrów różnicy poziomów. Mijam skocznię, na której Adam Małysz święcił kiedyś triumfy. Teraz można z niej skoczyć co najwyżej na bungee.