Gotuj się na Kotły

Jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Ośmielona sukcesem na GSB, idąc za ciosem postanowiłam przejść kolejną słynna trasę – Główny Szlak Sudecki. I znów w wersji all inclusive. Wyprawa w moim wydaniu nie miała charakteru ekstremalnego. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Jak zwykle wyprawie towarzyszył dreszczyk emocji, niepewności, a na koniec radość z osiągniętego celu. Choć GSS jest o wiele bardziej cywilizowany niż GSB, warto go przejść. Poznacie wiele ciekawych historii i zobaczycie wiele pięknych miejsc, do których będziecie chcieli wracać!

Dzień III: Szklarska Poręba (Górna)-Przełęcz Karkonoska (18 km)

Czy zauważyliście taką prawidłowość – im większe luksusy, tym trudniej zebrać się, by wyjść i dać się zmasakrować na trasie? Dlatego nie dziwię się, że bywalcy schronisk rączo mkną na szlak jeszcze przed wschodem słońca. Przeżywam dzisiaj pierwszy kryzys. To i tak późno. W ubiegłym roku na Głównym Szlaku Beskidzkim kryzys miałam już przy podejściu na Wielką Czantorię. Bolą mnie nogi, więc trzeba je czymś oszukać. Dla podbudowania morale kolejny dzień pod hasłem pięknej pogody i jeszcze piękniejszych widoków. Wiele osób, przemierzając GSS, uważa Główny Grzbiet Karkonoszy, czyli nasz dzisiejszy trakt, za najpiękniejszy odcinek na całej trasie. Jednak, cytując klasyka, nie bądźmy zbyt pochopni. Dajmy szansę innym pasmom.

Wcześniejszy plan był taki, żeby przejść ze Szklarskiej Poręby aż do Karpacza. Jednak skusiło nas zboczenie ze szlaku i wejście na Szrenicą oraz Śnieżkę. Dlatego, żeby maksymalnie skorzystać ze szczytowych przyjemności, a nie sponiewierać się przy tym nadmiernie, podjęliśmy decyzję, by podzielić ten długi odcinek na pół.

Jako że nasza baza, czyli „Zielarnia”, leży przy ul. Oficerskiej, czyli tuż przy czerwonym szlaku, na GSS mamy rzut kamieniem. Jeśli już o kamieniach mowa – jeszcze tylko lans przy reprezentacyjnej skalnej ławce z biedronkami (a może stonkami?) i w drogę! Wszystkie te kamienne meble zaprojektował artysta rzeźbiarz Maciej Wokan. Ustawiono je na skrzyżowaniach najważniejszych szlaków oraz w pobliżu największych atrakcji turystycznych.

Przechodzimy przez rozbudowywane osiedle apartamentowców, by już po chwili zdobyć pierwsze tego dnia wzniesienie – Hutniczą Górkę (771 m n.p.m.). Jej wypłaszczony wierzchołek zdobi granitowa skałka – Grzybek. Z górki schodzimy stromo w dół w stronę centrum. Tłumnie odwiedzana Szklarska Poręba powstała z wielu rozproszonych osad, a w XIX wieku była najrozleglejszą wsią w Prusach. Przemaszerowanie przez miasto to żaden sposób na poznanie jego atrakcji, więc Szklarska Poręba to kolejne miejsce, do którego trzeba będzie kiedyś wrócić.

Póki co napotykamy kolejną skalną ławkę (SkaŁawkę). Po tej łażą jaszczurki. Gdybym była jak one i rosła przez całe życie, mogłabym liczyć na dłuższe nogi. Z pewnością byłoby łatwiej na trasie. Skalna ławka jaszczurcza usytuowana jest nieopodal Urzędu Miejskiego i Punktu Informacji Turystycznej. Zielonym szlakiem można stąd dotrzeć nad Wodospad Szklarki, a niebieskim na Złoty Widok i do skałki Chybotek. My oczywiście jesteśmy wierni czerwieni.

Przed nami jakże optymistyczny szlakowskaz. Do Wodospadu Kamieńczyka – 1 h, Śnieżne Kotły – 4 h, Przełęcz Karkonoska – 6 h. „H” jak hektar. Na razie idziemy doliną rzeki Kamiennej, czyli chodnikiem wzdłuż ulicy Sikorskiego. To droga prowadząca do Jakuszyc. Jest wcześnie, więc ruch jeszcze nie jest duży. Po drodze mijamy imponujące Krucze Skały oraz Krzywe Baszty, położone tuż przy drodze, wysokie na 18 metrów i znacznie odchylone od pionu. Kiedyś u ich podnóża znajdował się pomnik ku czci cesarza Wilhelma II. Przekraczając most na Kamiennej opuszczamy Góry Izerskie i zaczynamy przygodę z Karkonoszami.

Docieramy do parkingu i ścieżki do jednej z największych atrakcji tych stron. Wodospad Kamieńczyka podczas majówki święcił triumfy oglądalności. Media obiegły filmy z dłuuuuuugą kolejką chętnych. Teraz jest tutaj lubiany przeze mnie luz, więc kupujemy bilety wstępu i zaopatrzeni w kaski, chodząc po metalowych schodach i platformach, podziwiamy trzy efektowne kaskady, które w sumie mają 27 metrów wysokości. To najwyższy w polskiej części Sudetów wodospad. Właśnie tutaj kręcono  jedną ze scen z filmu „Opowieści z Narnii. Książę Kaspian”. Ekipa trafiła tu w lipcu 2007 roku, szukając plenerów, które oddałyby atmosferę dzikiej i pięknej Narnii. A ja zapraszam filmowców do siebie do domu. Znajdziecie czarownicę i starą szafę.  

Okazuje się, że Wodospad Kamieńczyka inspiruje nie tylko filmowców, ale również gawędziarzy i bajarzy. Według legendy, miał powstać z łez siedmiu rusałek opłakujących tragiczny los Łabudki, nimfy zakochanej w drwalu/poszukiwaczu kamieni Broniszu.

Krótki pobyt w schronisku „Kamieńczyk” i znów w trasę. Przed nami 2 i pół kilometra marszu na Halę Szrenicką i blisko 400 metrów przewyższenia. Nie odczuwa się tego tak bardzo, ponieważ trasa wiedzie równomiernie pod górę, wygodną ułożoną z kamieni drogą. I to jest właśnie przykład, że w górach nie można się śmiać z osób w klapkach i sandałkach. W takim obuwiu da się tu żyć. Do wodospadu był chodniczek, a tutaj – kamienny dywan.

Idziemy głównie przez las, więc na widoki nie ma co liczyć, ale można poczytać tablice. Hala Szrenicka (1150-1280m n.p.m.) położona jest na zachodnich zboczach Szrenicy. Naturalna roślinność została zniszczona. Hala powstała głównie na skutek wyrębu. Można spotkać szczaw alpejski o szerokich rozłożystych liściach. To znak, że tutaj również wypasano zwierzęta hodowlane.

Na trasie zdecydowanie więcej ludzi niż w dniach poprzednich. W końcu droga na Szrenicę to jedna z najpopularniejszych tras. Moje nogi dały się tak oszukać, że trasę do Schroniska na Hali Szrenickiej połknęliśmy na raz. Nie chcecie wiedzieć, jak wyglądałam.  

Szlakowskaz sprzed schroniska informuje, że do Śnieżnych Kotłów  czeka nas 1 h i 15 minut, a na Przełęcz Karkonoską – 3 godziny. My trasę wydłużamy, bo odbijamy w bok na czarny szlak wiodący na Szranicę. Nigdy wcześniej nie zdobyliśmy tego szczytu, więc nie możemy przepuścić okazji. Po drodze Piotrek podbudowuje zbierających śmieci pracowników parku, że mają fajną robotę. Ciekawe, czy zamieniliby ja na góry kultury i klawiatury?   

A przed nami charakterystyczny i łatwo rozpoznawalny szczyt Szrenicy (1362 metry n.p.m.). Rozpościera się stąd panorama należąca do najładniejszych w Karkonoszach. Na zachodzie widać Góry Izerskie, za nimi majaczy spiczasta sylwetka Ještědu. Kotlina Jeleniogórska zamknięta jest od północy wałem Gór Kaczawskich. Na prawo od dwóch bliźniaczych stożków Gór Sokolich rozciągają się Rudawy Janowickie z kopulastym Skalnikiem. Ponad nimi w niektóre dni widoczna jest majestatyczna sylwetka Ślęży, a nieco dalej w prawo masyw Gór Wałbrzyskich. Ku wschodowi na pierwszym planie widoczny jest długi i stromy skłon Karkonoszy ze skalnymi grupami Paciorków, Borówczanych Skał i Kukułczych Skał. To wszystko wiem dzięki opisowi na tablicy z panoramą.  

Po śniadaniu w towarzystwie przyschroniskowych skrzynek na piwo idziemy dalej. Naszym celem są Śnieżne Kotły. Mijamy charakterystyczne punkty na trasie: Trzy Świnki (1290 m n.p.m.), czyli grupę skałek z kryształami skaleni o różowym zabarwieniu. Pewnie stąd wzięła się nazwa ostańców? Może kształt pobudził fantazję? A może kwiczy się tutaj z radości? Kolejna jest Mokra Przełęcz (1260 m n.p.m.), która ptaki pokonują migrując do ciepłych krajów. Nie bądź jak ptak – zostań w Karkonoszach i bądź mokry z wysiłku! Głodnych drażnił będzie Twarożnik, zestaw ułożonych płasko skałek, przypominających gomółki sera.  

Gdy miniemy rozdroże Czeską Budkę, do Śnieżnych Kotłów pozostało już tylko pół godziny. To gwiazdy dzisiejszego programu. Gotuj się na Kotły i niezwykłe doznania. Widok na te polodowcowe jamy jest jednym z najpiękniejszych w całych Karkonoszach. Niemal pionowe ściany, opadające kilkaset metrów w dół, robią wrażenie.

Przy charakterystycznym wiekowym budynku Stacji Nadawczej następuje rozstanie. Piotrek żółtym szlakiem wraca do Szklarskiej Poręby, a ja idę dalej Drogą Przyjaźni Polsko-Czeskiej. Przyjaźni Czesi też są na trasie, a nawet jeden Japończyk.

Idzie się całkiem przyjemnie, a widoki są naprawdę przednie i skutecznie spowalniają marsz, bo co chwila zatrzymuję się, by robić zdjęcia. GSS trawersuje stok Wielkiego Szyszaka, drugiego co do wysokości szczytu masywu. Następny w kolejce jest Śmielec, którego wierzchołek również szlak omija. Hmmm, czy można złamać prawo i tam wleźć? Nie chcę trafić do kryminału, więc – w zgodzie ze szlakiem – idę zboczem przez rozległe gołoborze. Sporo osób wspina się na mijane po drodze skałki: Czeskie Kamienie (14 17 m n.p.m.) oraz Śląskie Kamienie (1413 m n.p.m.). Czesi nazywają je inaczej: Mužske kameny (Męskie kamienie) i Divči kameny (Dziewczęce kamienie). Jedne stoją pionowo, a drugie leżą. Ha, ha, ha.

Na chwilę przerwy zatrzymuję się w czeskim kompleksie Petrove boudy, odbudowanym po pożarze. Podobnie robią Czesi i Japończyk. Ostatnim punktem na dzisiejszej trasie GSS jest Przełęcz Karkonoska, rozległe obniżenie, będące najniższym punktem na całym grzbiecie. Najbardziej przełęczowo na całej przełęczy jest w Dołku (1177 metrów n.p.m.). Na Przełęcz Karkonoską docierają drogi asfaltowe, zarówno z czeskiej, jak i polskiej strony. U sąsiadów mogą pomykać samochodami, po polskiej jedynie rowerami.

Z Przełęczy Karkonoskiej schodzę niebieskim szlakiem (starą Drogą Sudecką) do Przesieki, Tam w aucie ma czekać na mnie Piotrek. Ostre zejście w dół to jest to, o czym moje kolana marzyły przez cały dzień. Trasa już się trochę dłuży. Urozmaiceniem jest obserwowanie wysiłków rowerzystów – kilku z nich zipiąc sunęło pod górę. W porównaniu z nimi moje zejście to jak podróż w lektyce. Nie wierzę, że to piszesz – mówi prawe kolano.

W Przesiece na parking podjeżdża Piotrek. Razem wracamy autem do Szklarskiej Poręby.