Jak czerwona kropka zrobiła ze mnie sługusa

Najsłynniejszy i najdłuższy, ponad 500-kilometrowy znakowany szlak w polskich górach. O przejściu Głównego Szlaku Beskidzkiego marzyłam od dawna. Postanowiłam, że zrobię sobie prezent na 50-te urodziny i przewędruję tę legendarną trasę za jednym nogi zamachem. Wyprawa w moim wydaniu nie miała jednak charakteru ekstremalnego. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Jak skomentowała jedna z osób na szlaku: Taki mąż to skarb! Wychodził mi naprzeciw (dosłownie i w przenośni). Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Podczas wyprawy nie spieszyłam się – trasę podzieliłam na 24 odcinki. Starałam się przy tym, by nie przekraczały one 30 kilometrów dziennie. To moja norma, po której wiem, że dam radę wstać z łóżka. GSB to była wspaniała przygoda i najpiękniejsza wyprawa, w jakiej do tej pory brałam udział. Wyprawa życia!

Dzień XXIII: Brzegi Górne-Przełęcz pod Tarnicą (17 km)

Rzecz o wyprawie przez tumany, kiełbasianym entuzjazmie i czy lepiej mieć ogonek czy nie?

Dzień, jak w rasowym thrillerze, obfitujący w dramatyczne wydarzenia i nieoczekiwane zwroty akcji. Losy wyprawy zawisły na włosku. Zabraknie nam jednego dnia, by dopiąć całość. Przejść 500 kilometrów i nie zaliczyć zakręconego ogonka GSB? Najgorzej!

W związku z tym, że wczorajszą wycieczkę zakończyliśmy zejściem w Brzegach Górnych, żeby dotrzeć dzisiaj do czerwonej kropki w Wołosatem (kończącej GSB), musiałabym przejść grubo ponad 30 kilometrów. Przy mojej determinacji i uporze, da się to zrealizować. Tak długi odcinek muszę przejść w jeden dzień, ponieważ już jutro wracamy do domu. Postanawiam, że rezygnuję ze śniadania w Łuce i skoro świt wyruszę. Świtu nie widać, bo nadal pada. Piotrek odwodzi mnie od pomysłu. „Daruj sobie, już ten szlak przecież przeszłaś”. „Ale kilka lat temu, nie teraz, więc się nie liczy” – odpowiadam. Świat moknie, mnie smutno i strasznie żal, że tak niewiele zabrakło do sukcesu. Piotrek tłumaczy, że tak rozsądniej, bezpieczniej i nie ma co ryzykować. Długi samotny marsz w taką pogodę to nie jest dobry pomysł. „Na Haliczu i Rozsypańcu byłaś, więc się liczy” – tłumaczy. Dla mnie się nie liczy. Skoro nie było wcześniejszego wyjścia, idziemy na śniadanie. Robi się trochę mniej smutno J     

Z Wetliny jedziemy do Brzegów Górnych. Tam się żegnamy. Piotrek jedzie do Wołosatego, tam zostawi auto i będzie szedł w moją stronę. Zakładamy, że spotkamy się za Ustrzykami. Bieszczadzkie połoniny (wczorajsza Wetlińska i dzisiejsza Caryńska) to najbardziej znane i widowiskowe rejony. Nie dziś. Na trasie ani żywego ducha, a widoki, jak widać, czyli nic nie widać. Deszczu ciąg dalszy.

Berehy były kiedyś ludną, tętniącą życiem wsią bojkowską. Zabudowania ciągnęły się od Przełęczy Wyżnej do Wyżniańskiej. We wsi stała nawet karczma. Studiując mapę ścieżki dendrologiczno-historycznej, opatrzonej gałązką kwitnącej jabłoni, wnioskuję, że przybytek ten mieścił się w okolicach miejsca, gdzie teraz stoi kasa BPN oraz parking. Jedyną pozostałością Berehów jest cmentarz, na którym ocalało zaledwie kilkanaście nagrobków. Najstarsze pochodzą z XIX wieku.

Przy parkingu szlakowskaz informuje, że od połoniny dzieli mnie godzina i kwadransik marszu, natomiast od Ustrzyk – 3 godziny. Przechodzę na drugą stronę asfaltowej drogi do Dwernika i ścieżką wędruję na niewielki pagórek. To właśnie tutaj znajduje się cmentarz i miejsce po cerkwi.

Trasa wiedzie przez las, początkowo łagodnie, potem zdecydowanie nabiera ostrości. Muszę pokonać ponad 500 metrów podejścia. Od wiaty, w której popijam herbatkę na rozgrzewkę, na szlaku robi się stromo. Tabliczka informuje, że na połoninę zostało 45 minut marszu. Idę więc dalej.

Gdy wychodzę z lasu, nie mogę już liczyć na osłonę drzew. Wiatr szarpie moją plandeką, mżawka zacina w twarz i znów wkraczam w ostry cień mgły. Lubię czytać tabliczki informacyjne, można się z nich wiele dowiedzieć. Na przykład: płaty szczawiu alpejskiego wyznaczają miejsce dawnego koszaru, w którym przetrzymywano wypasane na połoninach zwierzęta. Pobliskie źródełko było wówczas wodopojem. I tajemnica występowania w Bieszczadach tych wielkolistnych roślin wyjaśniona. Szczaw wyrósł tam, gdzie zwierzęta użyźniły glebę.   

Według kolejnej tabliczki, z grzbietu Połoniny Caryńskiej w kierunku południowo-zachodnim widać Połoninę Wetlińską, na północnym-wschodzie – pasmo Otrytu, natomiast na południowym-zachodzie – Pasmo Działu, łączące się z Małą i Wielką Rawką oraz Pasmo Graniczne na drugim planie. Niestety, nie dziś. Widzę jedynie tumany przewalające się przez grzbiet. Znacie to uczucie lekkiego niepokoju, gdy idziecie kompletnie sami przez upiornie gęstą mgłę? Uuuu, to my strzygi i wąpierze cię gonimy.

Wreszcie docieram na Kruhly Wierch. To jeden z czterech wierzchołków Połoniny Caryńskiej, stanowiący jej najwyższe wzniesienie. Jestem na wysokości 1297 metrów n.p.m. Do Ustrzyk, według szlakowskazu, zostały dwie godziny marszu. Na tabliczce ciągle przypomina o sobie długodystansowy szlak E8. Kto wie? Może kiedyś przejdziemy go choć w ułamku? Przy ładnej pogodzie widoki z Kruhlego Wierchu są przednie. Można podziwiać nawet dalekie szczyty na Ukrainie. Oczywiście, nie dziś.

Ze szczytu schodzę na przełęcz, wcześniej do mojej trasy dołącza zielony szlak z Przełęczy Wyżniańskiej. Pośród mgieł dostrzegam tabliczkę Połonina Caryńska (grzbiet). Do kolejnej kulminacji (1234 m n.p.m.) zostało jeszcze 20 minut, do Ustrzyk 1 h 30 min.

Pędzona wiatrem do wschodniego wierzchołka Połoniny Caryńskiej docieram w błyskawicznym tempie. A tutaj niespodzianka, wręcz moment kulminacyjny: na kulminacji stoją dwie osoby. Samotna przeprawa przez tumany najwyraźniej bardzo mną wstrząsnęła, bo nie jestem sobą – zagaduję i proszę o zdjęcie przy tabliczce.

Szlak zielony schodzi do schroniska Koliba, a ja rozpoczynam, łączone z hamowaniem, schodzenie po śliskiej glinie. Od granicy lasu czeka na mnie aż 400 metrów w dół. Największe stromizny w lesie pokonuję po schodkach. Gdy tak idę, dzwoni do mnie właścicielka „Łuki” z informacją, że kolejny gość nie dojedzie, miejsce więc się zwolniło i w związku z tym możemy zostać dłużej. Serce aż podskoczyło z radości. Pojawił się cień szansy i dodatkowa motywacja. Jednak przedłużenie pobytu nie jest takie proste i nie zależy wyłącznie ode mnie.

Mniej więcej w połowie zejścia, przy wiacie szlakowskaz informuje, że do Ustrzyk już tylko 45 minut. Pokrzepiona wieściami z Łuki nabieram nowej energii. Jak informuje tabliczka ścieżki przyrodniczej, najczęstszym zbiorowiskiem leśnym w Bieszczadach jest buczyna karpacka. W drzewostanie widzimy domieszkę jaworów o łuszczącej się płatami korze.

Wychodzę z lasu i z góry widzę już zabudowania Ustrzyk. Pogoda jakby lepsza. W oczy szczególnie rzuca się budynek staży granicznej z charakterystyczną wieżyczką. Końcowy odcinek do Ustrzyk pokonuję po drewnianych pomostach, przechodzę kładką nad Rzeczycą i znów tabliczka. Brzegi Rzeczycy porośnięte są olszyną karpacką. Na kamieńcu rosną lepiężniki (duże okrągłe liście i białe kwiaty), natomiast drzewostan tworzy olsza szara z domieszką jawora.

Szlak GSB skręca w lewo na drogę 896, ja jednak odbijam na chwilę w prawo, by dotrzeć do schroniska Kremenaros po pieczątkę i by nawiedzić toaletę (cena rekordowa na GSB). Szlakowskaz usytuowany przy drodze w Ustrzykach obwieszcza: Szeroki Wierch – 2 h 45min. Wkrótce spotykam Piotrka. Mówię mu o propozycji przedłużenia pobytu o dzień. Nie podziela mojego entuzjazmu.

W miejscowym sklepiku, przy skrzyżowaniu albo nawet małym rondzie, Piotrek – za namową miejscowych znawców kiełbasianych – nabywa zachwalaną swojską wędlinę, dowożoną w ściśle określonych terminach. Zakupy pakuje do plecaka, który nie podziela jego entuzjazmu.

Na rzeczonym skrzyżowaniu, od głównej drogi (Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej) odchodzi szosa w górę potoku Terebowiec. To nasza trasa. Mijamy po drodze punkt kasowy (o tej porze już zamknięty) i parking. Wkrótce GSB zagłębia się w las. Dzień byłby stracony, gdybyśmy nie spotkali szlakowych znajomych Piotrka, który oczywiście opowiadał im wcześniej o naszej wyprawie. Ostrzegają przed niedźwiedziami, które pojawiły się w okolicy. Gdyby coś, mam gwizdek z Rymanowa.

Podejście nie należy do najłatwiejszych. To niemal 400 metrów przewyższenia na odcinku 4 kilometrów. W połowie podejścia stoi wiata, w której Piotrek testuje zakupy. Zachęca mnie do spróbowania lokalnych wyrobów. Przygnębiona brakiem ogona GSB, nie podzielam gastronomicznego entuzjazmu.

W pobliżu wiaty, na polance widzimy wygniecioną trawę. Piotrek przypuszcza, że właśnie tutaj kulały się misie. A my kulamy się dalej w górę. Podejście jest bardzo strome. Zresztą wystarczy popatrzeć na mapę. Od nagromadzenia poziomic aż dwoi się w oczach. Gdy wychodzimy na połoninę, stromego podejścia ciąg dalszy.

Idziemy grzbietem Szerokiego Wierchu przez kolejne kulminacje. Od Ustrzyk już nie pada, ale chmury nadal się kotłują, więc z podziwiania widoków nici. Razem idzie się raźniej, więc szybko docieramy do ostatniego z wierzchołków grzbietu. Tarniczka mierzy 1315 metrów n.p.m. i – do tej pory – jest najwyższym punktem na naszej bieszczadzkiej trasie GSB.

Przed nami krótkie zejście na Przełęcz pod Tarnicą. Tutaj niebieski szlak sprowadza w godzinę do Wołosatego. Za tumanami skrywa się Tarnica. Od czasu do czasu biel jakby mniejsza i możemy dostrzec sylwetkę najwyższego wzniesienia Bieszczadów. Piotrek ma ochotę na mały wyskok. To zaledwie pół godziny w obie strony. Nie podzielam entuzjazmu – i tak nic nie będzie widać. Zresztą jest mi coraz smutniej, bo schodząc z czerwonego szlaku uświadamiam sobie, że sukces niepełny – nie mam ogonka GSB. 

Ślizgając się na błocku schodzimy niebieskim szklakiem w dół. Niekiedy wiatr przegania mgły i widoki dają się podziwiać. W połowie zejścia, robimy sobie popas we wiacie, oczywiście przy kiełbasie. Dołącza do nas (i do kiełbasy) dwóch chłopaków, którzy – chcąc nie chcąc – stają się świadkami mojego dramatu. Czy ogonek się liczy czy nie liczy? Czy GSB bez ogonka to sukces czy porażka?

Smutna idę dalej. W końcu w okolicach Łużanek, Piotrek daje się przekonać. Zostaje jeszcze ubłagać dziecko o kolejny dzień wolności. Córka stawia jeden warunek: muszę nabyć dzwoneczek i na wezwanie spełniać przez miesiąc jej życzenia. Kocham być sługusem, mogę nim być nawet przez dwa miesiące! Jeśli więc wszystko się ułoży, jutro atak na Tarnicę i ostatni odcinek – zakręcony ogonek GSB. Od razu lżej na duszy i więcej entuzjazmu! Na kolację mogę zjeść nawet kiełbasę.