Prorokini z budki

Najsłynniejszy i najdłuższy, ponad 500-kilometrowy znakowany szlak w polskich górach. O przejściu Głównego Szlaku Beskidzkiego marzyłam od dawna. Postanowiłam, że zrobię sobie prezent na 50-te urodziny i przewędruję tę legendarną trasę za jednym nogi zamachem. Wyprawa w moim wydaniu nie miała jednak charakteru ekstremalnego. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Jak skomentowała jedna z osób na szlaku: Taki mąż to skarb! Wychodził mi naprzeciw (dosłownie i w przenośni). Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Podczas wyprawy nie spieszyłam się – trasę podzieliłam na 24 odcinki. Starałam się przy tym, by nie przekraczały one 30 kilometrów dziennie. To moja norma, po której wiem, że dam radę wstać z łóżka. GSB to była wspaniała przygoda i najpiękniejsza wyprawa, w jakiej do tej pory brałam udział. Wyprawa życia!

Dzień XXII: Smerek-Brzegi Górne (15,5 km)

Rzecz o wszechobecnym chlupocie, ślizgach, hamowaniu i skokach przez jaszczury, czyli jak pokonać szlak w stylu narciarstwa alpejskiego.

A już tak dobrze nam szło! Jednak w końcu pogoda musiała się załamać. My się nie łamiemy – nadal jesteśmy twardzi, choć nieźle nas dzisiaj zlało. Długim ślizgiem po mokrych kamieniach, błotnistych stopniach i gliniastych ścieżkach zdobyliśmy Smerek i Połoninę Wetlińską. Nie chcąc się katować, skróciliśmy wyprawę i zeszliśmy do Brzegów Górnych (choć w planach były Ustrzyki).

Plum, plum, plum! Budzą mnie krople deszczu. Meteorolodzy nie pomylili się– koniec słonecznej pogody. Pech na finiszu. Po śniadaniu, korzystamy z uprzejmości Janka gospodarza, który podrzuca nas z Wetliny do Smereka/Smerka (nigdy nie wiem, jak odmieniać). Startujemy z drogi wojewódzkiej 897 (Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej), odbijamy w prawo w kierunku mostu nad Wetlinką i parkingu. Siąpi deszcz, więc żeby było weselej – mokniemy razem. Rzecz rzadka podczas tej wyprawy, ponieważ tylko pierwszy odcinek GSB na Równicę oraz trasę Jordanów-Rabka przeszłam w całej rozciągłości razem z Piotrkiem.

Przez kilka minut idziemy bitą drogą aż docieramy do punktu poboru opłat Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Kupując bilety wstępu, Piotrek zagaduje sprzedającą, że pogodowo ma iść ku lepszemu. Na to pani z budki: „W Bieszczadach, jak zacznie padać, to przynajmniej dwa dni”. Prorokini. Już niebawem przekonamy się o tym na własnej skórze.      

Przy budce kasowej szlakowskaz informuje, że na górę Smerek zostało nam 2 h 5 minut marszu. Przechodzimy przez mostek nad potokiem Kindrat. Uparcie i mozolnie pniemy się w górę. Z każdym krokiem jesteśmy coraz wyżej. Do pokonania mamy ponad 600 metrów przewyższenia! Dobrze, że wędrujemy prze las i liście tworzą coś na kształt parasola, bo zaczyna bardziej padać. W sumie dobrze, że leje – bardziej skupiam się na niepogodzie niż na męczącym podejściu. Jesteśmy już na niewielkim grzbiecie Jasieniów. W tym miejscu wchodzimy na teren parku, o czym informuje nas tablica, a za chwilę mijamy wiatę turystyczną.  

Przy trasie umieszczone są tabliczki edukacyjne, można więc poczytać o okresach życia lasu lub o źródełku. Niestety, o tej porze nie ma po nim śladu. Długotrwała susza zrobiła swoje. Nie ma też śladu turystów. Wyjątkiem jest para, która tylko na kilka dni przyjechała w Bieszczady, więc są zdeterminowani. To tak jak my.  

Wychodzimy z lasu na zachodni kraniec Połoniny Wetlińskiej, która rozciąga się wzdłuż długiego grzbietu na blisko 8 kilometrów. Już nie możemy liczyć na liściasta osłonę. Deszcz siecze, wiatr wieje, jak okiem sięgnąć chmurne tumany. Po schodkach podchodzimy stromo w kierunku szczytu (120 metrów w górę na niewielkim odcinku). Na wierzchołku zwieńczonym metalowym krzyżem, mimo fatalnej pogody, jest kilka osób. Na Smereku (1222 metry n.p.m.) nie zabawiamy długo. Chwila lansu i w drogę! Panoramy, z których słynie Smerek dzisiaj są otumanione.

Ze Smereka idziemy łagodnie w dół wzdłuż wąskiej grani, zmierzając w kierunku Przełęczy Orłowicza. Przecinają się tu szlaki z Łopiennika (czarny) oraz z Zatwarnicy do Wetliny (żółty). Siodło zostało nazwane na cześć Mieczysław Orłowicza, popularyzatora turystyki, krajoznawcy, który wytyczył trasę wschodniego odcinka GSB (teren dzisiejszej Ukrainy).

Z przełęczy podchodzimy pod zbocze Szarego Berda, które choć jest najniższym wzniesieniem Połoniny Wetlińskiej, nie ma się czego wstydzić – mierzy 1108 metrów n.p.m. Cześć wierzchołkowa porośnięta jest karłowatym lasem, a wąska ścieżka wiedzie nas po sterczących skalnych płytach.

Tabliczka ścieżki edukacyjnej informuje, że spoglądając na północne stoki Hnatowego Berda widzimy zarośla jarzębiny i olszy zielonej. W okresie przedpasterskim tworzyły one ciągłą strefę zarośli powyżej górnej granicy lasu. Nie widzę Hnatowego Berda, nie widzę zarośli, nie widzę granicy, nic nie widzę. Dobrze, że mieliśmy już okazję przejść tę trasę dwukrotnie przy pięknej pogodzie, bo inaczej chyba by mi serce pękło. W rankingach wędrowców GSB bieszczadzkie połoniny to najpiękniejsze odcinki całej wyprawy!   

Wspinamy się na kolejne wzniesienie. To Osadzki Wierch (1253 metry n.p.m.), najwyższa kulminacja dzisiejszej wędrówki. Nadal idziemy w wielkiej chmurze. Choć w tym momencie tak naprawdę stoimy, bo wiadomo – lans na kulminacji. Jedyna różnica, że wiatr jest tutaj jeszcze silniejszy. Piotrek w czarnej plandece występuje w roli górskiego Pomurnika. Szlakowskaz informuje, że na Połoninę Wetlińską (schron) zostało nam jeszcze 45 minut marszu.

Schodzimy stromo w stronę Przełęczy Srebrnej ścieżką zabezpieczoną poręczami. Wszędzie tylko dymy, mgły i nasze łopoczące na wietrze peleryny. Chmura najwyraźniej gęstnieje, bo widoczność mamy zaledwie na kilkanaście metrów. Wreszcie docieramy po raz pierwszy w życiu do osławionej Chatki Puchatka (w czasie naszych poprzednich wypadów schron wciąż był w remoncie). We wnętrzu grzeje się kilka osób i kot. Dobrze, że mamy ze sobą termos i kanapki, bo asortyment gastronomiczny schronu jest ubogi – głównie batony. Kartka na drzwiach zaprasza do Toi Toia. Gdy tak sobie siedzimy z kotem, który jest ponad żebractwo, więc niby nie, ale jednak zezem ocenia jakość naszych kanapek, padać zaczyna coraz bardziej. Czekamy, może przejdzie. Trzeba podjeść, żeby mieć siłę na walkę z niepogodą. Do schronu docierają zmoczeni turyści, których mijaliśmy na podejściu na Smerek.

W końcu wydaje się nam, że deszcz pada z mniejszą pasją. Zbieramy się w dalszą drogę. Szlakowskaz przed Chatką Puchatka informuje, że do Brzegów Górnych mamy godzinkę. Jednak w takim błocku dotarcie tam wcale nie jest łatwe. Momentami jest naprawdę stromo i zjazdowo. Dobrze, że mamy ze sobą kije, bo inaczej skończylibyśmy jak fortepian Chopina u Norwida.    

Poganiani przez deszcz, przeskakując przez salamandry, które oczywiście cieszą się z takiej pogody, w błyskawicznym, bo poślizgowym tempie docieramy do Brzegów Górnych. Widoczność się poprawiła, bo już nie chodzimy w chmurach, ale siąpi nadal. Postanawiamy, że tu kończymy dzisiejszy odcinek i wracamy do Wetliny. Przy punkcie kasowym umieszczona jest tablica informacyjna GSB. Do Wołosatego 31,1 km!

Busa na parkingu ani widu, ani słychu, więc znów z pomocą przychodzą nam właściciele Willi Łuka, w której gościmy. Pani Ewa wiezie nas i nasz cały mokry dobytek do Wetliny.