Najsłynniejszy i najdłuższy, ponad 500-kilometrowy znakowany szlak w polskich górach. O przejściu Głównego Szlaku Beskidzkiego marzyłam od dawna. Postanowiłam, że zrobię sobie prezent na 50-te urodziny i przewędruję tę legendarną trasę za jednym nogi zamachem. Wyprawa w moim wydaniu nie miała jednak charakteru ekstremalnego. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Jak skomentowała jedna z osób na szlaku: Taki mąż to skarb! Wychodził mi naprzeciw (dosłownie i w przenośni). Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Podczas wyprawy nie spieszyłam się – trasę podzieliłam na 24 odcinki. Starałam się przy tym, by nie przekraczały one 30 kilometrów dziennie. To moja norma, po której wiem, że dam radę wstać z łóżka. GSB to była wspaniała przygoda i najpiękniejsza wyprawa, w jakiej do tej pory brałam udział. Wyprawa życia!
Dzień XXI: Cisna-Smerek (17, 5 km)
Rzecz o powrocie na granicę, wędrowcach GSB znokautowanych przez europosła, czyli nie okrążysz Ziemi, bo padniesz z zachwytu w Bieszczadach.
Nie lubię poniedziałków? Nie tym razem. Nie za długa (taka w sam raz) wędrówka rzadko uczęszczanymi ścieżkami. Bez zadyszki, bez kontuzji, bez pisków przy hamowaniu. Same bezy. Za to piękne widoki na śniadanie, przystawkę, obiad oraz deser. No i dzisiaj wypadło „oczko”, 21. odcinek Głównego Szlaku Beskidzkiego. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego trasa przez połoniny Jasła jest tak niedoceniana. Taki bieszczadzki Kopciuszek. Na pewno po lekturze Szlakierów to się zmieni J
Wędrówkę rozpoczynam od punktu Informacji Turystycznej, działającego przy Gminnym Centrum Kultury i Ekologii w Cisnej. Można tutaj zdobyć pieczątkę, informatory i coś na kształt widokówki (jeszcze jedna do mojej kolekcji). Piotrek odprowadza mnie kawałek przez Cisną. Niezwykle rzadko jest okazja, by GSB przemierzać razem, więc trzeba ten moment wykorzystać maksymalnie. I nie ma deszczu w Cisnej, pani Krystyno Prońko.
Przechodzimy przez rondo, rozstajemy się przy gospodzie, a ja już za chwilę mam problem. Nie mogę uwierzyć, że szlak wiedzie torowiskiem. A jednak! Jedynym sposobem, żeby dostać się na drugi brzeg Solinki, jest przejście mostem kolejki wąskotorowej. Na szczęście nie muszę długo czuć się lokomotywą ciężką, ogromną i ociekającą potem. Szlak porzuca tory i wspina się na stromą skarpę tuż nad korytem rzeki. Puścić mnie gdzieś samą! Tylko na chwilę się zamyśliłam i oczywiście pomyliłam trasę, zbaczając na ścieżkę „Sekrety sztolni”. Żadnych sekretów nie poznałam, bo szybko wróciłam na właściwe tory, tfu! trasę.
Za mostkiem, nad spływającym do Solinki potokiem Zwir, zaczyna się podejście. Na początek łagodnie, żeby nie odstraszać. Po przecięciu drogi, wiodącej z Majdanu robi się zdecydowanie poważniej. Przede mną dość intensywne podejście. Jest to – w mojej ocenie – najbardziej męczące i najdłuższe podejście dzisiejszego odcinka. Zawdzięczam to pierwszej z serii kulminacji grzbietu Jasła – Wyżnej. Kolejne to (według mapy w telefonie, bo na trasie nie ma oznaczeń): Rożki oraz Worwosoka, przedstawicielka tysięczników (1024) metry n.p.m. Co za nazwa! Wory z oka? Podkrążone oczy? Raczej Wierch Wysoka.
Gdy zbliżam się do pierwszej większej polany, to znak, że Małe Jasło już niedaleko. I tu zaczyna się najprzyjemniejsza część wycieczki. Najlepiej mieć oczy dookoła głowy, by chłonąć wszystkie widoki. Na początek Pasmo Graniczne i góry po słowackiej stronie, potem Wołosań i Łopiennik. Gdy tak sobie idę spokojnie grzbietową polaną, ciesząc się, chłonąc i podziwiając (tylko od czasu do czasu wiedząc co), docieram do Małego Jasła z małą tabliczką, umieszczoną na trójnogu wieży triangulacyjnej. Małą, bo urwaną w połowie.
Idę dalej przez zalesiony szczyt Szczawnika dość szeroką leśną ścieżką. Schodzę w dół, las rzednie, ale mina nie, bo widoków ciąg dalszy. Jak okiem sięgnąć, tyle jeszcze miejsc do przewędrowania! Póki co czeka mnie solidny marsz pod górę na Jasło albo Duże/Wielkie Jasło, a dawniej Jasiel lub Wasiel. W najwyższym punkcie góra osiąga wysokość 1153 metry n.p.m. Aby dotrzeć na właściwy wierzchołek, trzeba niecko zboczyć na żółty szlak, wiodący do Przysłupu. Skoczyć w bok warto, a to z powodu fenomenalnych widoków, jeśli ktoś wie, co widzi (niestety ja do znawców nie należę, ale wszystko przede mną). Jedyne, co do których mam stuprocentową pewność to Smerek i Połonina Wetlińska.
A tak na marginesie – w obliczu ostatnich doniesień medialnych w sprawie kilometrówek Ryszarda Czarneckiego – Jasło nabiera nowych znaczeń. Co tam dystans pokonany przez wędrowców GSB, gdy innym udało się okrążyć Ziemię pięciokrotnie! Nokaut totalny.
Z Jasła schodzę początkowo przez łąkę, potem przez las. Po obu stronach ścieżki widoczne są pozostałości z I wojny światowej w postaci zarośniętych okopów i umocnień. Po 20 minutach spacerku docieram na kolejny tego dnia tysięcznik – Okrąglik (ozdobiony słupkiem granicznym I/29). Po blisko dwóch tygodniach marszu znów jestem na granicy. Na szczęście nie możliwości a państwowej. Ostatni raz graniczyłam na Babiej Górze w Beskidzie Żywieckim. Jak na granicę przystało, z Okrąglika rozciągają się widoki na słowacką stronę. Tabliczka na szlakowskazie informuje, że do wsi Smerek pozostało 2 h 50 minut marszu.
Granią, którą przemierzam, biegną dwa szlaki graniczne: polski niebieski i czerwony słowacki (na szczęście nie pomyliłam go z GSB). Przy słupku I/28 spotykam Piotrka. Polecam mu wejście na pobliski Okrąglik, a ja w tym czasie poczekam i pojem. W trakcie popasu, mija mnie para turystów. W tym momencie z Okrąglika wraca Piotrek i okazuje się, że oczywiście ich zna, bo jako człowiek otwarty z każdym rozmawia i na trasie zakłada mój fanklub.
Wkrótce rozstajemy się z niebieskim szlakiem, który prowadzi wzdłuż granicy na Riabią Skałę i jeszcze dalej na Krzemieniec (Już tam kiedyś byliśmy. Gorąco polecam szlak graniczny). My idziemy grzbietem, który przed laty próbowano przechrzcić na Wielką Grań Wopistów (zaświadcza o tym drewniana tabliczka). Nazwa się oczywiście nie przyjęła – nie od dziś wiadomo, że jest w nas wielka niechęć do jakiejkolwiek kontroli.
Przed nami ostatnie tego dnia podejście na Fereczatą. Sam wierzchołek skryty w jest lesie, ale stoki to rozległe polany, którym zawdzięczamy kolejne piękne widoki. Tabliczka umieszczona przy szlaku obwieszcza wysokość 1102 metry n.p.m. Nazwa nie ma nic wspólnego z ofermą stojącą na czatach. Fereczata pochodzi z języka wołoskiego i oznacza paproć.
Za Fereczatą zagłębiamy się w las. Teraz już tylko w dół, początkowo łagodnie, jednak wkrótce przychodzą chwile większych stromizn, szczególnie na ostatnim odcinku tuż przed leśną stokówką (to ta sama, którą przecinałam za Cisną). Jak informuje mapa, to dawny bieg kolejki wąskotorowej. Tyle wiedzy! O ile człowiek będzie mądrzejszy, gdy już przejdzie GSB J
Przed nami widoki dobrze już nam znane, które jednak nigdy się nie opatrzą: charakterystyczny Smerek z krzyżem, Połoniny Wetlińska i Caryńska. Schodzimy łagodnie opadającym wzgórzem w kierunku cerkwiska, czyli miejsca po dawnej cerkwi pw. św. Wielkiego Męczennika Dymitra. Teraz w tym miejscu stoi tylko pamiątkowy krzyż.
Dawny Smerek słynął ze smolarstwa, a my z oszczędności, ale nie tym razem. Po tak udanym dniu zapraszamy się na pyszny obiad w lokalnej restauracji Paweł nie całkiem święty.

