Najsłynniejszy i najdłuższy, ponad 500-kilometrowy znakowany szlak w polskich górach. O przejściu Głównego Szlaku Beskidzkiego marzyłam od dawna. Postanowiłam, że zrobię sobie prezent na 50-te urodziny i przewędruję tę legendarną trasę za jednym nogi zamachem. Wyprawa w moim wydaniu nie miała jednak charakteru ekstremalnego. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Jak skomentowała jedna z osób na szlaku: Taki mąż to skarb! Wychodził mi naprzeciw (dosłownie i w przenośni). Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Podczas wyprawy nie spieszyłam się – trasę podzieliłam na 24 odcinki. Starałam się przy tym, by nie przekraczały one 30 kilometrów dziennie. To moja norma, po której wiem, że dam radę wstać z łóżka. GSB to była wspaniała przygoda i najpiękniejsza wyprawa, w jakiej do tej pory brałam udział. Wyprawa życia!
Dzień XX: Prełuki-Cisna (27,5 km)
Rzecz o greckiej literze na Osławie, pięknej katastrofie, facetach buszujących w krzakach, czyli, jak nie zabiła mnie łopata.
Strome zbocza, głębokie przełęcze, samotność na szlaku i dłuuuugie kilometry marszu leśną głuszą. Okazuje się, że nawet w czasie wakacji, pośrodku ciemnego lasu, na totalnie wyludnionym szlaku, dopadnie cię lekcja historii. Dzisiejszy odcinek wyprawy wiedzie bowiem przez tereny walk Wielkiej Wojny, działań partyzantów oraz oddziałów UPA.
To już 20. dzień na szlaku. Po pysznym śniadaniu w Willi Łuka w Wetlinie, obficie zaopatrzeni na drogę, przemieszczamy się do Prełuków. Czas na nowo połączyć się z czerwoną farbą Głównego Szlaku Beskidzkiego i, by z kolorem tym stworzyć zgrany duet, wzbogacić się o czerwień na twarzy, strumienie potu i zadyszkę.
Prełuki to mała osada leśna w dolinie Osławy. Pierwotnie wieś nazywała się Przełęki, czyli orne pola. Wieki temu we wsi działała prymitywna huta żelaza, a przed wojną odbywał się tu załadunek drewna ściąganego z okolicznych lasów na wagony kolejki leśnej Rzepedź-Mików. Po II wojnie światowej wieś została całkowicie wysiedlona, a jej zabudowania zniszczone. Do dzisiaj zachowały się jedynie trzy krzyże i dwa zaniedbane cmentarze.
Chwila lansu przy witaczach na granicy Karpat Zachodnich i Wschodnich i w drogę! Przechodzę przez most nad Osławą i idę w górę doliny. W sumie to jestem jedyną osobą, która wybrała swoje nogi. Mija mnie kilka aut z turystami, których pewnie skusił czar Jeziorek Duszatyńskich i chcą dojechać tak daleko, jak to możliwe, czyli do parkingu w Duszatynie.
Pomiędzy Duszatynem a Prełukami Osława przepływa wąską doliną wykonując niezwykły manewr (militarny okrążający). Rzeka opływa wzgórze Łokieć, zataczając niemal koło albo coś na kształt omegi (stąd nazwa Omega Osławy). Jest nawet szlakowskaz zachęcający do zboczenia na ścieżkę Most ciuchci i Kaskada. Może kiedyś. Jednak dziś nie ekscesy mi w głowie. Przede mną daleka droga do Cisnej, więc nie mam czasu na skoki w bok, choć oczywiście trochę szkoda. Żyję nadzieją, że uda się jeszcze tutaj wrócić.
Dochodzę do polany z parkingiem i sezonowym barem, z którego tradycyjnie nie korzystam. Kuchnię niosę na grzbiecie, przez co schudłam już pewnie z 5 kilogramów (obserwując komory powietrzne w spodniach). Gdyby wszyscy turyści byli tak rozrzutni jak ja, lokalna gastronomia szybko zamknęłaby działalność.
Przede mną szlakowskaz oznajmiający, że nad jeziorka pozostała godzina i 10 minut marszu, na Chryszczatą – kolejna godzina, a do Cisnej – prawie osiem godzin! Idę ścieżką nad korytem potoku Olchowaty. To pierwszy raz od dłuższego czasu, gdy słyszę jakieś odgłosy wody. W normalnych warunkach Olchowaty mknie, gada, perli się kaskadami. Jednak tegoroczna susza zrobiła swoje, więc poznaję mniej spektakularną odsłonę potoku. I pierwszy raz od wielu dni widzę turystów na szlaku 🙂
Po niezbyt wyczerpującym godzinnym marszu docieram do przepięknego miejsca. Jeziorka Duszatyńskie (Dolne i Górne) naprawdę robią wrażenie. Niebo i drzewa przeglądają się w wodzie, a wokół panuje atmosfera ciszy i spokoju. I kto by przypuszczał, że początek temu pięknu dała katastrofa?
Po wiosennych roztopach i długotrwałych ulewnych deszczach 13 kwietnia 1907 (w przeddzień Wielkanocy) oderwał się kawał zachodniego ramienia góry. Masy ziemi i skał zbiły się w masę, czyli – jak mówili miejscowi – zwiezły się i z potężnym hukiem runęły na wiekowy las. Stąd późniejsza nazwa Rezerwatu Zwiezło. Zwały rumowiska zatrzymały się w głębokim jarze Olchowatego Potoku i stworzyły naturalne zapory, a zagłębienia wypełniły się wodą. Powstały trzy jeziora. Z jednego z nich właściciel okolicznych dóbr, hrabia Stanisław Potocki, polecił spuścić wodę, by wyłapać pstrągi. Smacznego! Potem żałował swej pochopnej decyzji i rozpoczął starania o objęcie tego terenu ochroną prawną. Tak się wyedukowałam dzięki ustawionej tu tablicy informacyjnej.
Górne jeziorko jest o wiele większe. Przy brzegu umieszczona jest tablica poświęcona Jackowi Łaszczykowi, młodemu leśnikowi, który zginął tragicznie. Wyczytałam, że to ofiara kąpieli w jeziorze. Dzisiaj nikt nie łamie zakazów i nie wchodzi do wody (jak np. w Tatrach). Wyższa kultura, choć góry niższe. Nad jeziorem większość turystów kończy wędrówkę i wraca na parking w Duszatynie. Oprócz mnie na Chryszczatą idą tylko dwie osoby.
Teraz czeka mnie mozolne podejście. Pokonuję 300 metrów różnicy wysokości na długości 3 kilometrów. Zdobywane właśnie zbocze to ukryte w lesie cmentarze wojenne, miejsce ostatniego spoczynku żołnierzy wielu narodowości Monarchii Austro-Węgierskiej oraz carskiej Rosji, poległych w trakcie walk w latach 1914-15, gdy Austriacy zdecydowali się na beznadziejną i straceńczą ofensywę, by ruszyć na pomoc twierdzy w Przemyślu. Chryszczata to wielkie i zapomniane pole bitwy z okresu Wielkiej Wojny. Góra była również silnym bastionem ukraińskich sotni Hrynia i Stacha.
Gdy docieram na szczyt Chryszczatej jestem sama, choć niezupełnie, ponieważ znajduje się tutaj wiata turystyczna i stół z ławkami. Na tabliczkach podane są dwie wysokości – 998 (dawny pożar) oraz 997 (policja) metrów n.p.m. Którą wybrać? Oczywiście, że wyższą. Nazwę góry wywodzi się od ludowego określenia czworolistu pospolitego – chreszczate ziele. Niegdyś na szczycie Chryszczatej stała wieża służąca do pomiarów geodezyjnych. Pozostałością po niej jest betonowy słup, przy którym uprawiam lans, czyli robię sesję zdjęciową swojego plecaka i kijów. Cień drzew i ławka zachęcają do popasu. Nie daję się długo namawiać. Gdy kończę jeść, zjawiają się kolejni turyści, więc zwalniam miejsce.
Od Chryszczatej idę grzbietem Wysokiego Działu. Przyjmuje się, że pasmo było granicą między terenami zamieszkiwanymi przez Łemków (na zachodzie) i Bojków (na wschodzie).
Moją trasę porasta las bukowy z okazałymi jodłami i jaworami. Gdy żar leje się z nieba, nie ma nic lepszego niż taki zielony cień. Ścieżka wspina się, to opada. Czyżby właśnie tu powstały słowa piosenki Maanamu „Raz-dwa-raz-dwa”? Falowanie i spadanie – taka właśnie jest natura Wysokiego Działu. Na szczęście fale nie są zbyt potężne. Gdy tak sobie idę i oddaje się falowaniu, nagle zamieram. Z krzaków wyłania się zaopatrzony w łopatę mężczyzna! No nie, tak ma zakończyć się moja wyprawa?! Nie dość, że gość mnie zabije, to od razu zakopie! Nie chcę dołączyć do ofiar Wielkiej Wojny! Na szczęście okazuje się, że to poszukiwacz militarnych pamiątek buszujący w tych stronach. Po chwili dołącza do niego kolega. Nogi tak mi drżą, że zostaję w tyle. Panowie zdążają do Przełęczy Żebrak. Gdy również tam docieram, widzę, że wsiadają do zaparkowanego auta. Mogłam napaść i obrabować, a łupy, które wykopali, przekazać do Izby Pamięci licealnego historyka. Córka miałaby plusa.
Przełęcz Żebrak, leżąca między Chryszczatą a Jawornem, to najniżej położony punkt w Paśmie Wysokiego Działu. Zniżyłam się do poziomu 816 metrów n.p.m. Dawniej wiódł tędy trakt handlowy z Baligrodu do Woli Michowej i dalej do granicy z Węgrami. Przy trasie stała karczma zwana Żebrakiem. Czyżby każdy, kto przekroczył próg tego przybytku, wychodził z niego kompletnie spłukany? Niestety, nie ma już możliwości, by się o tym przekonać, ponieważ budynek spłonął w 1915 roku w wyniku działań wojennych.
Na przełęczy stoi kolejna wiata i tablica opisująca wydarzenia z czasów Wielkiej Wojny. Przełęcz Żebrak była wówczas ogromnym pobojowiskiem, a las pod Chryszczatą został dosłownie rozstrzelany, drzewa połamane od pocisków i poranione odłamkami. Szlakowskaz oznajmia, że od Wołosania dzielą mnie dwie godziny.
Przede mną powtórka z rozrywki – mozolne wdrapywanie i kolejny szczyt w paśmie – Jaworne (992 metry n.p.m.). Właśnie tutaj spotykam Piotrka. I całe szczęście, bo za chwilę natykamy się na kolejnych buszujących w krzakach. Mam towarzystwo, więc o jeden zawał mniej. Panowie znaleźli tylko kilka łusek i monetę – nie do końca są zadowoleni. A ja za to jestem bardzo rada, bo przed nami otwiera się widok na Jabłonki i Pasmo Łopiennika.
Kolejne tego dnia spotkanie. Przed nami, głośno postękując, sunie jeden z chłopaków z grupy, o której wcześniej opowiadał mi Piotrek. Zamierzają spędzić kilka dni w Bieszczadach. Dzisiaj idą z Komańczy do Cisnej. Najwyraźniej koledzy zostawili towarzysza niedźwiedziowi na pożarcie. Jest sam i zrezygnowany przysiadł na powalonym pniu (facet, nie niedźwiedź). Oj, powaliło go wyzwanie. Bardzo mi go szkoda. Resztę jego grupy spotykamy na Wołosaniu. Coś niewyraźnie widzę ich szlakową przyszłość, ale mam wadę wzroku.
Wołosań to od dłuższego czasu pierwszy tysięcznik na naszej trasie! Jako najwyższy w Paśmie Wysokiego Działu (1071 metrów n.p.m.) wpisany jest na listę Diademu Polskich Gór. Już tu kiedyś z Piotrkiem byliśmy. Szlakowskaz oznajmia nam, że do Cisnej zostały dwie i pół godziny marszu.
Idziemy przez kolejne kulminacje, rozprawiając o poznanych chłopakach. Czy dadzą radę? Do końca wyprawy nie spotkaliśmy ich na żadnym z odcinków, więc pewnie Wielki Dział na nich wielce podziałał.
Mijamy, drugi pod względem wysokości w paśmie, Sasów (1011 metrów n.p.m.), Jasienik (964), Berest (942) oraz Osinę (963). Oczywiście wiecie co to oznacza? Falowania i spadania ciąg dalszy. Szczególnie Osina powoduje, że niejedna twarz zrobi się sina. Na szczęście po drodze zdarzają się miejsca, gdy morale podbudowują widoki. Gdy docieramy na nieotabliczkowany Hon (820), wiem, że przede mną najtrudniejsze zadanie dnia. Moje kolana wręcz piszczą z radości na takich zejściach. Gdy człowiek przetrwa ten koszmarny odcinek, poradzi sobie ze wszystkim. Sunę w tempie ślimaczym, a Piotrek pomyka niczym jelonek. Wyprzedził mnie spory kawałek. Mimo stromizny i zmęczenia, udaje mi się zejść bez zaliczenia gleby.
Nagrodą są widoki z tarasu Bacówki pod Honem, zapiekany makaron i towarzystwo psa, który nad jedzenie przedkłada głaskanie. Wie, co dobre.
Prełuki-Duszatyn – 50 mim.,
Duszatyn-Jeziorka Duszatyńskie – 1 h,
Jeziorka Duszatyńkie-Chryszczata – 1 h,
Chryszczata-Przełęcz Żebrak – 1 h 20 min.,
Przełęcz Żebrak-Wołosań – 2 h,
Wołosań-Bacówka pod Honem – 2 h,
Bacówka pod Honem-Cisna – 15 min.

