Najsłynniejszy i najdłuższy, ponad 500-kilometrowy znakowany szlak w polskich górach. O przejściu Głównego Szlaku Beskidzkiego marzyłam od dawna. Postanowiłam, że zrobię sobie prezent na 50-te urodziny i przewędruję tę legendarną trasę za jednym nogi zamachem. Wyprawa w moim wydaniu nie miała jednak charakteru ekstremalnego. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Jak skomentowała jedna z osób na szlaku: Taki mąż to skarb! Wychodził mi naprzeciw (dosłownie i w przenośni). Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Podczas wyprawy nie spieszyłam się – trasę podzieliłam na 24 odcinki. Starałam się przy tym, by nie przekraczały one 30 kilometrów dziennie. To moja norma, po której wiem, że dam radę wstać z łóżka. GSB to była wspaniała przygoda i najpiękniejsza wyprawa, w jakiej do tej pory brałam udział. Wyprawa życia!
Dzień XIX: Przybyszów-Prełuki (15,5 km)
Rzecz o diabelskiej wysokości, piekielnym upale i szatanach na dwóch kółkach.
W związku z tym, że o samochód męża dbam bardziej niż o własne nogi, zafundowałam sobie dodatkowe kilometry. Widząc wczoraj stan nawierzchni, postanowiłam, że wysiądę z auta w Karlikowie i stamtąd przemieszczę się do Przybyszowa. Tym bardziej, że tego dnia auto obciążane jest całym naszym dobytkiem. Dziś przemieszczamy się do kolejnej, ostatniej już bazy wypadowej (w ulubionej Wetlinie).
Zapowiada się kolejny upalny dzień. Na drodze żywej duszy. Dziarsko idę poboczem wąskiej drogi. Wkrótce kończą się zabudowania, zieleń przy trasie staje coraz bujniejsza, asfalt ustępuje szutrówce, więc powrót na czerwony szlak coraz bliżej. Jestem w dolinie pod Szerokim Łanem, którą płynie (teraz nawet nie ciurka) potok Płonka. Mijam Niedźwiedzią Dolinę i przechodzę przez most w budowie. Prace przerwano pewnie na czas weekendu albo może wstaję wcześniej niż ekipa budowlana, bo spotykam jedynie koparkę. Przybyszów to kolejna na mojej trasie łemkowska wieś, zmieciona z mapy przez historię. O dawnych mieszkańcach (przed wojną wieś liczyła ponad 400 osób) przypominają jedynie pozostałości cmentarzy.
Mijam drewniany domek. To pewnie osławiona Chata w Przybyszowie, która najwyraźniej zamknęła swoje podwoje. Skręcam z drogi w prawo i w tym momencie muszę umykać przed wielbicielami ryku na dwóch kołach. Nie ma to jak rozjeżdżać szlaki piesze. Gdyby wzrok mógł zabijać, na GSB leżałyby teraz dwa trupy w kaskach jak się patrzy. Znacie to uczucie narastającej furii a jednocześnie bezsilności? Masz ochotę biec za nimi i przegryźć opony. Wkurzona obmyślam tortury, jakim poddałabym samolubnych motocrossowców.
Podchodzę na bezleśny garb Kremenca. Tak informuje mnie nawigacja, bo na mapie mam inną nazwę – może to zbocze Spalonej Góry? Dojść do siebie, po motorowym wstrząsie, pomagają mi piękne widoki na Szeroki Łan i wczorajszą Tokarnię. Wcale nie jestem taka mądra i obeznana. Tokarnię poznaję po maszcie, a Szeroki Łan po zieleni trawy. Wspinam się teraz łąkami w kierunku lasu, w którym kryje się grzbiet Kamienia nad Rzepedzią. O tym, że już jestem blisko wierzchołka, świadczą wychodnie skalne. Na szczyt szlak jednak nie prowadzi. Dotrzeć tam można ścieżką. Nie jestem przekonana, czy legalnie – w końcu to przecież teren rezerwatu.
Idę dalej przez las bukowo-jodłowy. O poranku spotkałam amatorów dwóch kółek, teraz – czterech kopyt. Pewnie w pobliżu działa jakiś ośrodek jeździecki. Przekraczam potok Jawornik. Nie padało od prawie dwóch tygodni, więc woda ledwo ciurka.
Po blisko trzech godzinach marszu (byłoby krócej, gdybym wystartowała z Niedźwiedziej Doliny, a nie z Karlikowa) docieram na szczyt wypłaszczonego, rozległego i trawiastego Wahalowskiego Wierchu. Oznakowanie na tym odcinku jest kiepskie. Na grzbiecie wydeptanych jest kilka ścieżek, więc bez nawigacji nie byłoby mi tak łatwo. Piotrek kolejny raz będzie triumfował: „A nie mówiłem, że bez nawigacji się pogubisz?!” Owszem, nawigacja i mapa w telefonie okazały się pomocne.
Na trasie są fotogeniczne krowy i konkurujące z nimi widoki na coraz bliższe Bieszczady. Podziwiać można pasmo Chryszczatej i Wołosania. Wahalowski Wierch to diabelska wysokość – 666 metrów n.p.m. i piekielny upał. Zbliża się południe, na niebie ani jednej chmurki. I choć widoki są naprawdę przepiękne, bezkresne, a błogość spływa na serce, zarzucam plecak i znowu w drogę, bo żar leje się na łeb.
Dzięki nawigacji bez problemu docieram do ścieżki wiodącej przez las Telehiwki. Szlak biegnie początkowo płasko, ale stopniowo obniża wysokość. Wkrótce spotykam Piotrka i razem schodzimy w dolinę Osławicy. Nasze spotkanie zostało nieco opóźnione przez samochodowy Wyścig Górski Szczawne-Kulaszne, organizowany na trasie do Komańczy (Piotrek czekał na blokadzie).
Im bliżej Komańczy, tym bardziej słychać ryk motorów. Dwóch osobników rączo mknie przez las. Czyżby trasa rajdu się komuś pomyliła? Mój wnerw osiąga temperaturę topienia stali. Może dla odmiany poparaduję sobie po torze żużlowym i poryczę jak jeleń na rykowisku? Wdeeeeeech i wydeeeeeeech. Wdeeeeech i wydeeeeech.
Wkrótce zwiększa się nachylenie i spomiędzy drzew widać już dach schroniska, które okazuje się Willą Leśną PTTK. Patronem przybytku jest Ignacy Zatwarnicki, zasłużony przewodnik beskidzki. Nie ma jeszcze 13.00, apetyt w upale nie dopisuje, więc zadowalamy się swoimi kanapkami na zacienionym tarasie.
W zamierzchłej przeszłości, gdy koledzy ze szkoły jeździli koleją w Bieszczady, a ja im zazdrościłam, nazwa Komańcza kojarzyła mi się z westernem. Bezkres, dzikość, wolność, ranczo i kowboje. Mieszkańcy Komańczy nazwę miejscowości wywodzą jednak od ruskiego słowa komanycia – koniczyna. Kolejne skojarzenie z Komańczą to postać kardynała Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia. Po więzieniach w Rynwałdzie, Stoczku Warmińskim i Prudniku Śląskim, Komańcza była ostatnim etapem jego odosobnienia. Przebywał tu przez rok, od 29 października 1955 do 28 października 1956 roku. Przyklasztorne muzeum wyposażone jest w sprzęty codziennego użytku, szaty liturgiczne, osobiste pamiątki i zdjęcia z czasu jego pobytu. Nie zahaczamy jednak o klasztor sióstr Nazaretanek. Może w przyszłości uda się spędzić więcej czasu w tych stronach.
Rejon Komańczy to kolejny na naszej trasie teren związany z wydarzeniami Wielkiej Wojny, dlatego też pokryty licznymi mogiłami i kilkoma cmentarzami żołnierskimi. W samej Komańczy z okresu krwawej zimy 1914/1915 zostały cmentarze naprzeciwko dworca kolejowego i w Komańczy-Letnisku.
A my w upale ruszamy dalej. Asfaltową drogą docieramy do wiaduktu kolejowego. Tuż przed nim, na niemal pionowej skarpie swoją skoczność prezentują miejscowi młodociani. Aż robi mi się słabo obserwując ich wyczyny. Przejście GSB to przy ich umiejętnościach bułka z masłem. Żadne doniesienia medialne o nieletnich ofiarach z Komańczy do nas później nie dotarły, więc być może chłopcy wyszli z tego cało.
Wychodzimy na drogę krajową 892, biegnącą z Zagórza do granicy ze Słowacją. Skręcamy w prawo. Chodnikiem wzdłuż tej drogi idziemy blisko kilometr, aż do kościoła św. Józefa, mijając po drodze tabliczkę obwieszczającą – Wołosate 100 km! Już tak blisko! Za kościołem skręcamy w lewo w kierunku Duszatyna (tablica Duszatyn 7 km).
Nasze auto stoi przy moście nad Osławicą. Piotrek właśnie tutaj rano zaparkował, zachęcany przez jednego z mieszkańców: „Panie, jak tu jest jakaś impreza, to wszyscy tu parkują”. Pierwotny plan był taki – zostawić auto w Duszatynie. Jednak nie mogliśmy nigdzie znaleźć wiarygodnych informacji, czy można tam dojechać, czy nie ma zakazów, jaki jest stan nawierzchni. Zapadła decyzja, że nie ryzykujemy i dziś idziemy tylko do Prełuków, a potem wracamy do auta zostawionego przy moście. To logistyczna porażka, ale przecież nikt nie jest doskonały.
Przekraczamy most nad Osławicą i po asfalcie w strasznej spiekocie suniemy powoli w górę. Za ostatnimi domami, przy tablicy z groźnym niedźwiedziem, odbijamy w lewo. Nieopodal w kotlinie potoku Piwnego znajduje się mogiła Cyganów, rozstrzelanych przez hitlerowców w 1943 roku (zboczenie ze szlaku zajmie 2 minuty).
Nasza trasa wiedzie teraz przez las ostro w górę. Na długości zaledwie pół kilometra nasza wysokość zwiększa się o 100 metrów! Jeszcze tylko strome zejście w dół i niemal jesteśmy u celu. Ułożony z płyt zakręt szosy wyprowadza na dno doliny Osławy. To teren nieistniejącej wsi Prełuki. Wita nas witacza, obwieszczający, że właśnie przekraczamy granicę Karpat Wschodnich i Zachodnich (także Beskidu Niskiego i Bieszczadów).
Znów na naszych licznikach nabijają się dodatkowe kilometry, bo do Komańczy nie wracamy szlakiem lecz drogą, by sprawdzić stan nawierzchni. Nie jest tak źle. Droga jest nawet uczęszczana. Właśnie mija nas kolejny tego dnia motor (chyba jesteśmy sobie pisani). Tablicę rejestracyjną ma zapobiegawczo zasłoniętą kupą zielska, więc po okolicy jeździł nielegalnie. Jakie nowatorskie metody zmyłkowe!
Dzisiejsza trasa wyjątkowo krótka, ale odpoczynek się przyda. Jedziemy do Wetliny, a tam szok! Zatrzęsienie ludzi niczym na Krupówkach. Już zaczynam tęsknić do ciszy na szlaku.
Przybyszów-Kamień nad Rzepedzią – 1 h,
Kamień nad Rzepedzią-Wahalowski Wierch – 1 h 30 min.,
Wahalowski Wierch-Leśna Willa PTTK – 1 h,
Leśna Willa-kościół św. Józefa w Komańczy – 15 min.,
kościół-Prełuki – 1 h.

