Najsłynniejszy i najdłuższy, ponad 500-kilometrowy znakowany szlak w polskich górach. O przejściu Głównego Szlaku Beskidzkiego marzyłam od dawna. Postanowiłam, że zrobię sobie prezent na 50-te urodziny i przewędruję tę legendarną trasę za jednym nogi zamachem. Wyprawa w moim wydaniu nie miała jednak charakteru ekstremalnego. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Jak skomentowała jedna z osób na szlaku: Taki mąż to skarb! Wychodził mi naprzeciw (dosłownie i w przenośni). Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B. Tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Podczas wyprawy nie spieszyłam się – trasę podzieliłam na 24 odcinki. Starałam się przy tym, by nie przekraczały one 30 kilometrów dziennie. To moja norma, po której wiem, że dam radę wstać z łóżka. GSB to była wspaniała przygoda i najpiękniejsza wyprawa, w jakiej do tej pory brałam udział. Wyprawa życia!
Dzień XVIII: Rymanów-Zdrój-Przybyszów (27 km)
Rzecz o nieistniejących wsiach, wypasionych serach, cofniętych dopłatach oraz wyższości polskiej kanapki nad kuchnią austriacką.
Najgorzej porzucać sanatoryjne klimaty – co ten luksus robi z człowiekiem! I jak go postarza! W Rymanowie wkroczyłam w drugie półwiecze. Ciężko wychodzić na szlak, gdy Piotrek jeszcze w klapeczkach. Lenistwo łamane przez ospalstwo. Jednak nie ma co się ociągać, kije w garść i w drogę! By wrócić na czerwony szlak, wystarczy wyjść za próg. Nasza baza wypadowa w Rymanowie-Zdroju to bowiem Willa Zofia przy ul. Wyspiańskiego, a właśnie tędy przebiega GSB.
Zapowiada się kolejny słoneczny dzień. Trasa nie jest zbyt wymagająca, więc na dziś wybrałam lekkie ogumienie. Z każdym krokiem coraz bardziej chce się iść, więc lenistwo bardzo szybko ze mnie wyparowuje. Zostawiam za sobą wille i sanatoria, wędrując wzdłuż doliny Czarnego Potoku, stopniowo zagłębiam się w las. Przed spotkaniem z niedźwiedziem ostrzega tablica. Jednak, jak uczy noblistka, nic dwa razy się nie zdarza, więc wierzę, że włochacz spod Rysianki wyczerpał pulę leśnych posłuchań. Godzina ranna, więc pewnie dlatego na trasie żywej duszy, jeśli nie liczyć żwawo pomykającego – mimo zakazu wjazdu – samochodu. To pewnie pan leśniczy. Szlak wkrótce porzuca szeroką drogę i ostrym zakosem w prawo prowadzi w górę.
Po niecałych 2 kilometrach od startu docieram na teren dawnej łemkowskiej wsi Wołtuszowa. To jedno z wielu miejsc w tych stronach, które z mapy zmiotła tragiczna historia. Położona nad doliną Czarnego Potoku Wołtuszowa przed wojną tętniła życiem, a 28 gospodarstw zamieszkiwało 150 osób. W okolicy działały: tartak, młyn wodny, leśniczówka i mały folwark. Właśnie w nim po śmierci hrabiego Potockiego zamieszkała założycielka Rymanowa-Zdroju – Anna Potocka. Teraz natrafić tu można jedynie na pozostałości cmentarza, resztki podmurówek i studni. O cerkwi przypomina prawosławny krzyż i kamienna chrzcielnica. Takie miejsca zawsze nastrajają mnie nostalgicznie. Jednak widać, że ktoś dba o ten teren. Są tablice informacyjne, ławki, odręcznie wyrysowany plan. Poprowadzono tędy ścieżki spacerowe. Musimy koniecznie kiedyś tu wrócić, by dokładniej poznać „Ścieżkę Łemka”.
Po krótkim podejściu docieram do malowniczego punktu widokowego na rozległej łące. Można podziwiać stąd leżący w dole Rymanów-Zdrój i otaczające go Wzgórza Rymanowskie. Wchodzę do zmieszanego lasu (wstrząśnięta widokami), rozpoczynając zejście do Doliny Wisłoka. Wiedziałam, że mam uważać, bo teren jest słabo oznakowany, ale wiedza nie zawsze oznacza działanie. Czy źle poszłam? Oczywiście. Na ostatnich metrach ścieżka wyprowadziła mnie wprost na asfalt, a nie do Studenckiej Bazy Namiotowej. Za ledwie ciurkającym strumyczkiem powinnam była odbić w lewo. Kolejny powód, by wrócić w te strony.
Idąc asfaltem, który towarzyszyć mi będzie przez najbliższe 6 kilometrów, widzę drewniane schodki będące zejściem do studenckiej bazy. Jednak już się nie cofam. Wisłoczek to kolejna stara wieś, która przed wojną stanowiła własność Potockich. Po drodze mijam pozostałości jeszcze jednej wysiedlonej wsi – Tarnawki. Śladami po niej są: cerkwisko i dwa nagrobki – ks. Emiliana Ławrowskiego i Antoniego Beskida. Przed wojną działała tu szkoła, stał tartak i karczma. Kolejna ciekawostka wyczytana na tablicy informacyjnej. Okna łemkowskich chat wychodziły na wschód lub północ, rzadko na zachód, a nigdy na południe, bo stamtąd wiały silne wiatry. Jak to w górach. Zresztą dzisiaj również mocno wieje.
Chociaż idę asfaltem, droga jest całkiem przyjemna. Wokół mnóstwo zieleni, ruch na szosie żaden. Jest wcześnie, więc asfalt jeszcze nie zdążył się nagrzać. Wkrótce docieram do mostu z malowniczym przełomem Wisłoka. Tu rzeka (przy obecnej suszy rzeczka) przebija się między stromymi, urwistymi zboczami Pogórza Bukowskiego.
Po przekroczeniu Wisłoka wchodzę do kolejnych wsi na mojej trasie – Puław Dolnych, przechodzących w Puławy Górne. To niewielkie osady rozciągnięte od Doliny Wisłoka, wzdłuż jego dopływu – potoku Bridok, pod stoki Kiczery i Polany. Te tereny również należały kiedyś do Potockich. Choć widziana wcześniej przydrożna reklama kusiła, by spróbować kuchni austriackiej i czeskiej, decyduję się na własnoręcznie przygotowane drugie śniadanie. Za schron służy mi przystanek autobusowy. Jedząc mogę kontemplować widok na Kiczerę, na której jest nawet wyciąg. Okazuje się, że zimą szaleją tu narciarze. Jak nie skusiła mnie restauracja Amadeus, tak nie skusił mnie napis ROWERY, idę dalej poboczem jezdni.
Na zakręcie drogi do znaków czerwonych dołączają zielone. Szlakowskaz informuje, że od Pasma Bukowicy dzieli mnie godzina, a od Tokarni – 3 h 45 min. Wybieram boczną dróżkę wiodącą w górę. Asfalt kończy się przy dawnym łemkowskim cmentarzu. Wiekowe nagrobki przypominają o dawnych mieszkańcach tych stron. Na górce jeszcze mocniej wieje. Drzewa na cmentarzu skrzypią i gadają, jakby chciały zatrzymać na dłużej.
Dalsza trasa jest niezwykle nastrojowa. Wiatr skutecznie walczy ze skwarem. Wszędzie zielono. Po lewicy mam widoki na zbocza Polany. Idę pośród bujnych łąk, na których pasą się krowy. To pewnie o nich opowiadał właściciel sklepu z serami w Rymanowie. Myślisz i masz. Jeśli mnie mój krótki wzrok nie omamił, w samochodzie, który właśnie minął mnie na szutrówce podróżował pan serowar. Taki ten świat mały! Wkrótce docieram na skraj starego bukowego lasu i znów jestem w Beskidzie Niskim, gdzie wciąż można znaleźć miejsca dzikie i rzadko odwiedzane. Dopiero tutaj spotykam pierwszą tego dnia turystykę, uprawiającą biegi.
Ścieżka, którą podążam zaczyna piąć się w górę, początkowo łagodnie, później zdecydowanie ostrzej. Włażę na zachodni kraniec dłuuuuuugiego Pasma Bukowicy. Na Rozdrożu pod Zrubaniem, znaki zielone się odłączają, a ja idę dalej śladem czerwonej farby i skrajem Rezerwatu Bukowica (najstarsze drzewostany liczą 150 lat).
Na Skibcach (776 m n.p.m.) wreszcie spotykam Piotrka, czyli kolejne kulminacje Pasma Bukowicy pokonujemy już razem. Niepostrzeżenie (bo bez tabliczek) mijamy Pańskie Łuki, Smokowiska i docieramy do ciekawej wiaty z… kominkiem. Stoją tu również tablice informacyjne, poświęcone Wielkiej Wojnie. Te tereny były miejscem krwawych walk pomiędzy carską armią rosyjską i cesarsko-królewską armią austro-węgierską (skrót CK, stąd tytuł filmu Janusza Majewskiego). Z lat 1914 i 1915 pozostało tutaj wiele żołnierskich mogił i trudnych do znalezienia w lesie cmentarzy.
Jeszcze tylko Wilcze Budy (nazwa wskazuje, że zastawiano tutaj pułapki na wilki) i schodzimy pod Tokarnię. Nasz szlak przecina droga wiodąca do Wisłoka lub Woli Piotrowej (jak kto woli). My wolimy nie zbaczać i iść prosto przed siebie. Wspinamy się łagodnie i bez wysiłku na wypłaszczony rozległy szczyt Tokarni (778 m n.p.m.) To najwyższa kulminacja w Paśmie Bukowicy, z tego też powodu wpisana na listę Diademu Polskich Gór. Idziemy przez rozległe łąki, a stojąca na szczycie wieża przekaźnikowa informuje, że wierzchołek już niedaleko.
Tuż pod szczytem niespodzianka – szlaban, którzy przygotowują miejscowi gospodarze. W ten sposób protestują przeciwko utraceniu dopłat unijnych. Zgłosili łąkę, a podczas kontroli rolnych służb okazało się, że zamiast łąki jakaś droga wydeptana przez turystów. Może rozjeżdżona przez quad, którym przybyli na szczyt? – myślę sobie, ale się nie odzywam. Czarno coś widzę przyszłość czerwonego szlaku.
Na wierzchołku robimy chwilę odpoczynku (popas i fotograficzny lans). Możemy stąd podziwiać falujące w upale Pogórze Bukowskie. Jest pieczątka, dzięki której dowiaduje się, że Tokarnia należy do Korony Ziemi Sanockiej (jeszcze tyle miejsc do złażenia). Poprawiamy szelki w plecakach, paski w portkach i w drogę! U mnie bez tego dobrodziejstwa, spodnie opadłyby bez żadnego zdziwienia do kolan (takie są skutki GSB).
Idziemy dalej przez łąki i młodniki Tokarni. W dali majaczą Bieszczady Zachodnie, a na południu – Pasmo Graniczne. Ścieżką schodzimy w dół, szybko wytracając wysokość (choć trasa poprowadzona jest raczej łagodnie z jednym tylko momentem większego nachylenia).
Schodzimy do Doliny Płonki z widokiem na Szeroki Łan. I znów jesteśmy w dawnej wsi łemkowskiej, której mieszkańcy zostali wysiedleni na Ukrainę. Teraz znajduje się tutaj m.in. Niedźwiedzia Dolina, w której planowaliśmy nocleg (niestety nie było wolnych miejsc w interesującym nas terminie). Pakujemy się do auta i wracamy do Rymanowa. Stan nawierzchni od Przybyszowa do Karlikowa jest taki, że drżę o „renówkę”. Jutro, wracając do bramki startowej, dołożę nogom kilometrów, byle tylko nie skazać auta na ponowne tortury.
Rymanów Zdrój-Wołtuszowa – 40 min.,
Wołtuszowa-Wisłoczek – 1 h,
Wisłoczek-Puławy Dolne – 1 h,
Puławy Dolne-Puławy Górne – 30 min.,
Puławy Górne-Rozdroże pod Zrubaniem – 1 h 10 min.,
Rozdroże pod Zrubaniem-Pod Tokarnią – 2 h,
Pod Tokarnią-Tokarnia – 25 min.,
Tokarnia-Przybyszów – 30 min.

