Najsłynniejszy i najdłuższy, ponad 500-kilometrowy znakowany szlak w polskich górach. O przejściu Głównego Szlaku Beskidzkiego marzyłam od dawna. Postanowiłam, że zrobię sobie prezent na 50-te urodziny i przewędruję tę legendarną trasę za jednym nogi zamachem. Wyprawa w moim wydaniu nie miała jednak charakteru ekstremalnego. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Jak skomentowała jedna z osób na szlaku: Taki mąż to skarb! Wychodził mi naprzeciw (dosłownie i w przenośni). Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B, tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Podczas wyprawy nie spieszyłam się – trasę podzieliłam na 24 odcinki. Starałam się przy tym, by nie przekraczały one 30 kilometrów dziennie. To moja norma, po której wiem, że dam radę wstać z łóżka. GSB to była wspaniała przygoda i najpiękniejsza wyprawa, w jakiej do tej pory brałam udział. Wyprawa życia!
Dzień XVI: Przełęcz Hałbowska-Nowa Wieś (27,2 km)
Rzecz o skwierczącym mielonym kotlecie, sięgnięciu najniższego poziomu, czego nie wybaczają wiewiórki oraz kto chciał nas otruć w Chyrowej.
Po dramatycznych wydarzeniach ostatnich dni, musiałam odreagować. Bez obaw! Nie zmniejszyłam populacji ludzkiej, ani nie nadużyłam używek. Po prostu spałam jak zabita. A kto rano wstaje, ten parzy kawę. A kawa na GSB smakuje podwójnie.
Opuszczamy miłe progi ośrodka Magurska Ostoja. Jadąc do dzisiejszej bramki startowej, czyli Przełęczy Hałbowskiej, zahaczamy o dawną cerkiew pw. św. Kosmy i Damiana w Krempnej. Jak wielki musiał być kult tych świętych, skoro aż w tylu miejscach cerkwie są pod ich wezwaniem! Bracia Kiemlicze też takie mieli imiona (ci od prania w „Potopie”). Aż poczytałam w necie na temat tych świętych. Kosma i Damian to, pochodzący z Cyru, bracia (prawdopodobnie bliźniacy), lekarze, męczennicy.
Przed świątynią w Krempnej znajduje się, pochodząca z XIX wieku, figura św. Mikołaja. Wewnątrz zachował się kompletny rokokowy ikonostas. Zobaczyć go nie możemy, bo wnętrza o tej porze niedostępne. Na pobliskiej poczcie chciałam kupić widokówki (czy już się chwaliłam, że je zbieram?), ale okazuje się, że wstaję wcześniej niż pocztowcy, więc jeszcze zamknięte.
Do startu gotowi? Start! Przełęcz Hałbowska (540 m n.p.m.), z której dzisiaj wyruszam, swoją nazwę zawdzięcza nieistniejącej wsi Hałbów. Wieś nie leżała dokładanie na przełęczy, wysunięta była bardziej na północ. Mijam stojący na niewielkiej polanie drewniany schron, kolejny do zdjęciowej kolekcji. Tuż za nim wchodzę w las i od razu zaczynam pierwsze tego dnia podejście. Kamień jest jednym z najefektowniejszych szczytów w tych stronach. Nie dość, że góruje nad okolicą, to jeszcze rosną tutaj wyjątkowe lasy.
Wkraczam na teren rezerwatu ścisłego, utworzonego by chronić cenne okazy buczyny karpackiej i jaworzyny karpackie. Jak głosi tablica informacyjna, przy odrobinie szczęścia można tu spotkać rysia, wilka czy borsuka. Na szczęście nie mam szczęścia i nie spotykam żadnego zwierza. Miś spod Rysianki wystarczy mi w zupełności na długie lata.
Do czerwonego szlaku GSB i żółtego z Bartnego dołącza zielony, biegnącym aż z Gorlic do Ożennej. Niebawem docieram do kulminacyjnego punktu tej części wyprawy, a poznać go można po skalnej wychodni. Nie jest to wprawdzie wierzchołek Kamienia (ten znajduje się poza szlakami), ale i tak jest klimatycznie. Skałki zwane są, z rusińskiego, Wołczym, czyli Wilczym Kamieniem. Dalej szlak poprowadzony jest ostro w dół, wzdłuż koryta strumienia, który dopadła susza.
Na końcu zejścia docieram do leśnej drogi, wyprowadzającej na skraj lasu. Przede mną rozpościera się grzbiet o bardzo obiecującej nazwie Uroczysko na Górach. Od razu mam angielskie skojarzenia: panny Brontë, wrzosowiska, Heathcliff i te sprawy. Idę ścieżką między rozległymi polami i łąkami, niczym panna Bennet.
Trwają właśnie prace polowe. Jeden z mieszkańców, szukający ucieczki od pracy i upału, schronił się w cieniu drzewa. Rozpoczyna pogawędkę. Rozmawiamy oczywiście o pogodzie, więc angielskich klimatów ciąg dalszy. Taki niezobowiązujący przydrożny small talk. Nie mówimy wprawdzie o deszczu, lecz o upale. Choć minęła dopiero 10.00, żar leje się z nieba.
Nie ma lekko, trzeba maszerować dalej. Rekompensatą są piękne widoki. Na wyciągnięcie ręki łagodne malownicze wzniesienia. Sielskość, łagodność i spokój. Po prawej mam dolinę Wisłoki i grzbiet Polany, którym już wkrótce będę wędrować. Po lewej – Kamień (można poznać po maszcie telefonii), a zza niego wyłaniają się inne zielone wzniesienia – chyba bohaterowie mojej wczorajszej wędrówki. Jedynym zgrzytem jest swąd spalenizny. To ja nim emanuję. Jestem przypalonym kotletem. Słyszę, że nie tylko dyszę, ale też skwierczę. Mimo to idę mozolnie przed siebie. Spotykam turystę maszerującego w przeciwnym kierunku. W tym sezonie zaplanował przejść odcinek GSB, przebiegający przez Bieszczady i Beskid Niski. Pan inżynier samochodowy opowiada o swojej pracy w Czechach. Czym różnimy się od naszych sąsiadów? Oni w wolnym czasie umawiają się na wyprawy i inne wspólne aktywności fizyczne. Krótko pisząc – uprawiają sport grupowy.
Mijam metalowy krzyż przydrożny postawiony jako wotum wdzięczności za pielgrzymki do kraju papieża Jana Pawła II. Idę przez młodniki, zagajniki, a po prawej mam kolejne uroczysko – Oborzysko. Szlak wiedzie w dół między wysokimi skarpami tworzącymi niewielki wąwóz. Jeszcze chwila i docieram do pierwszych zabudowań wsi Kąty. Dochodzę do szosy z Krempnej do Nowego Żmigrodu. Gdzieś za mostem, w korycie Wisłoki, GSB osiąga swój najniższy poziom na całej trasie – 307 metrów. Tak nisko upadłam. Prawie jak fortepian Chopina.
Szlakowskaz stojący za mostem w Kątach informuje: Polana 2 h 30 min., Chyrowa (wieś) – 4 h, natomiast Wołosate – 54 h. Jak miło! Wracając do poziomów. Skoro zeszło się tak nisko, trzeba to nadrobić. Mówisz i masz – znów mozolne podejście. W taki upał drapanie się w górę przez łąki, wyciska siódme poty. Na pocieszenie mogę się odwracać i podziwiać. Dla wygody, niemal u kresu podejścia, ustawiono wiatę turystyczną właśnie w tym celu. Z wysokości widzę otoczenie Kątów i przebytą wczoraj trasę.
W normalnych warunkach udałabym się zielonym szlakiem na pobliski szczyt Grzywackiej Góry, by wdrapać się na wieżę widokową. Trochę się waham, trochę mi żal, jednak rezygnuję z pomysłu. Jest za gorąco na zbaczanie z trasy, a jeszcze szmat drogi przede mną.
Sunę ścieżką po grzbiecie i czuję jak po moim grzbiecie spływają strumienie potu. Na szczęście wchodzę w las i zbawczy cień. Jak zwykle zatrzymuję się przy tablicy, by oddać się lekturze. Rezerwat przyrody „Łysa Góra”. Lokalsi (drobne ssaki) to np. rzęsorek rzeczek i zębiełek karliczek. Co za nazwiska! Jest również nadobnica alpejska. I tu zaskoczenie. Nie wiem, dlaczego ubzdurałam sobie, że to roślina. Tak naprawdę to owad. Profesor biologii stwierdziłby zapewne, że nigdy nie widział we mnie materiału na botanika, a tym bardziej na zoologa. Pozdrawiam pana Graczyka z LO w Kole.
Przez las zawędrowałam na wierzchołek Łysej Góry (641 m n.p.m.). Koleżanek po fachu nie spotkałam. Szlakowskaz informuje: Polana – 1 h, Chyrowa – 2h 45 min. Przejścia przez polany za Łysą Górą są naprawdę skwierczące. To dotychczas najgorętszy z dni spędzonych na GSB – aż 32 stopnie w cieniu. Ku pokrzepieniu serca mam piękny widok na Beskid Niski. A ten stożek przede mną to pewnie Cergowa, cel na niedaleką przyszłość.
Kolejne tego dnia podejście, tym razem na Polanę, która kiedyś rzeczywiście była polaną. Teraz w większości jest zarośnięta, ale dzięki temu jest trochę cienia, a ścieżki usłane są orzechami laskowymi. Z Polany schodzę łagodnie w stronę najwyższego w paśmie szczytu, czyli Halki (inaczej Dania). Orzechów tutaj jeszcze więcej, bo teren porastają gęste zarośla leszczyny i jarzębiny. Piotrek ma wyczucie, wie, kiedy się pojawić. Leśne dobra możemy zbierać razem. Wiewiórki nam tego nie wybaczą.
Po trudach zbieractwa, odpoczywamy na skraju wielkiej łąki tuż przed Chyrową. Na jednym z drzew zawieszony dzwonek z napisem „Dodaj gazu”. Powoli, nie ma co się spieszyć. Chyrowa, do której schodzimy, leży w Dolinie Śmierci. We wrześniu 1944 toczyły się tu ciężkie walki między Armią Czerwoną a Wermachtem. Utrudniała je rzeźba terenu – głęboka dolina w kształcie litery V. Bitwę uznano za najbardziej krwawą, jaką stoczono na ziemiach polskich podczas II wojny światowej. Olbrzymie straty były obu stronach. Łącznie liczba ofiar przekroczyła 220 tys. Z całej zabudowy wsi ocalała wówczas jedna chałupa i cerkiew.
Mijamy agroturystyki: „Pod gruszą” oraz „Oleńka” (jak miło). Piotrek namawia mnie na obiad w gościńcu „Chyrowianka” U Schabińskiej. Była to jedna z gorszych decyzji w czasie całej wyprawy, ale przynajmniej koty miały używanie, gdy odeszliśmy od stołów. Mam nadzieję, że czworonogi przeżyły po posiłku.
W Chyrowej nad brzegiem Iwielki znajduje się dawna cerkiew pw. Opieki Bogurodzicy, wybudowana prawdopodobnie 1780 roku, co sugeruje inskrypcja w nadprożu portalu zachodniego. Obecnie funkcjonuje tu kościół filialny Narodzenia NMP. Wewnątrz znajduje się barokowy ołtarz z obrazem Matki Bożej z Dzieciątkiem. Legenda mówi, że przywędrował tu z Górnych Węgier. Pomimo licznych prób wywiezienia, powracał za każdym razem w to samo miejsce.
Idziemy w górę potoku Iwielka. Szlak przecina go w kilku miejscach, ale poziom wody jest tak niski, że nie mamy problemów z przejściem. Docieramy do szosy. Na przełęczy, skąd rozchodzą się drogi asfaltowe do Mszany i Polany, wybieramy leśną szutrówkę skręcającą w lewo.
Wchodzimy w las. Nasz szlak prowadzi pod górę, trawersując Krymiankę i Czystyny. Po lewej stronie mamy stromą skarpę. Zdjęcia nie oddają tego, jak ostro w dół opadają zbocza. Okolica ta zwana jest Uroczyskiem Zwezłyska. Wkrótce dołącza do nas szlak zielony z Tylawy. Zejście ze zbocza Garbu (611 m n.p.m.) wyprowadza na dużą polanę z widokami na Cergową.
Jesteśmy w miejscu kultu św. Jana z Dukli. Na górze Zaśpit znajduje się miejsce nazywane Puszczą, gdzie św. Jan z Dukli prowadził przez około trzy lata pustelnicze życie. Teraz zobaczyć można neogotycki kościół, wzniesiony w latach 1906-08, z polichromiami przedstawiającymi sceny z życia świętego. Obok stoi drewniany dom rekolekcyjny. Uroczystości odpustowe ku czci św. Jana z Dukli obchodzone są na Puszczy w sobotę poprzedzającą drugą niedzielę lipca. Informacja dla spragnionych: w pobliskim źródełku można uzupełnić zapas wody.
Asfaltową dróżką idziemy w stronę parkingu. Oczywiście przegapiliśmy skręt w las i zapędziliśmy się za daleko. Finisz tego odcinka to najpierw łagodne, potem nieco bardziej strome 20-minutowe zejście. Gdzieś z oddali dobiegają łomoty (potem się zorientuję, że z kamieniołomu). Przechodzimy przez wykoszoną łąkę i docieramy do ruchliwej drogi krajowej 19, prowadzącej w stronę granicy ze Słowacją w Barwinku.
W zatoczce czeka na nas auto, którym jedziemy do Rymanowa-Zdroju. Piękna willa Zofia będzie naszym miejscem wypadowym przez najbliższe dni. A jutro zasłużony odpoczynek i świętowanie mojego półwiecza.
Przełęcz Hałbowska-Pod Kamieniem – 30 min.,
Pod Kamieniem-Kąty – 1 h 15 min.,
Kąty-Łysa Góra – 1 h 25 min.,
Łysa Góra-Polana – 55 min.,
Polana-Chyrowa – 45 min.,
Chyrowa-Pustelnia św. Jana – 2 h 10 min.,
Pustelnia św. Jana-Nowa Wieś – 25 min.

