Najsłynniejszy i najdłuższy, ponad 500-kilometrowy znakowany szlak w polskich górach. O przejściu Głównego Szlaku Beskidzkiego marzyłam od dawna. Postanowiłam, że zrobię sobie prezent na 50-te urodziny i przewędruję tę legendarną trasę za jednym nogi zamachem. Wyprawa w moim wydaniu nie miała jednak charakteru ekstremalnego. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Jak skomentowała jedna z osób na szlaku: Taki mąż to skarb! Wychodził mi naprzeciw (dosłownie i w przenośni). Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B, tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Podczas wyprawy nie spieszyłam się – trasę podzieliłam na 24 odcinki. Starałam się przy tym, by nie przekraczały one 30 kilometrów dziennie. To moja norma, po której wiem, że dam radę wstać z łóżka. GSB to była wspaniała przygoda i najpiękniejsza wyprawa, w jakiej do tej pory brałam udział. Wyprawa życia!
Dzień XV: Bartne-Przełęcz Hałbowska (16,8 km)
Rzecz o tym, że każda szprycha z Koła ma swojego Kolanina.
Gdyby ktoś zapytał mnie, do których miejsc na trasie wróciłabym najchętniej, wskazałabym Beskid Niski. Powodów jest kilka: rzadko mieliśmy okazję tu bywać, więc zostało jeszcze wiele rzeczy do zobaczenia i tras do przedeptania, zielone wzniesienia, pasma ciągnące się po horyzont, dzikość i zapomnienie – wszystko to pokochać można bez reszty. Beskid Niski ma swoje niecne sposoby, by człowiek się od niego uzależnił. Niby nic wielkiego (sama nazwa to przecież sugeruje), jednak magia tego miejsca sprawia, że nie można przestać o nim myśleć. Tęsknota narasta i nic nie poradzisz. Musisz tu wrócić, inaczej zwariujesz. Dość tych wynurzeń. Przejdźmy do rzeczy i wróćmy na GSB. Na czym skończyliśmy?
Odcinek GSB wiodący przez dzikie knieje Magurskiego Parku Narodowego. Propozycja nie do odrzucenia dla wielbicieli górskiej ciszy, ustronnych miejsc, nieprzetartych szlaków, mniej lub bardziej świętego spokoju.
Zarozumialstwo podpowiada mi, że opowieściami o mnie, goszcząca nas w Bartnem pani Krystyna bawić będzie kolejnych śpiących u niej wędrowców GSB. Nie dość, że jak jakaś hrabina piłam kawę parzoną w kawiarce, nie smarowałam chleba masłem, to jeszcze górę wziął mój rys socjopatyczny. Nie odzywałam się o poranku prawie wcale. Nawet opowieść gospodyni o nocnym odławianiu nietoperza i wyrzucaniu go na pole, przeszła bez echa. Powód? Byłam w wielkim dole, przygotowana, a nawet przebrana do powrotu do domu. Skoncentrowana głównie na tym, by się przy gospodyni nie rozszlochać. Jednak dzięki pomocy kilku osób, mogłam kontynuować wędrówkę. Przy śniadaniu o tym jeszcze nie wiedziałam, stąd mój wisielczy nastrój.
Dzisiejsza trasa wyjątkowa krótka – niespełna 17 kilometrów. Zarzucam plecak i w drogę! Pierwszy punkt orientacyjny to, oddalona o rzut beretem, Bacówka PTTK w Bartnem, położona na skraju lasu porastającego stoki Mareszki. Nie bawię tu długo – zdobywam jedynie odcisk pamiątkowej pieczęci.
Idę teraz przez tereny zawsze podmokłe, na których już niejeden turysta wciągany był przez zdradliwe błocko. Zaskoczenie. Susza spowodowała, że słynne „pola ryżowe” wyschły i nie mam najmniejszych problemów z przedostaniem się w kierunku przełęczy Majdan. Przełęcz ta oddziela szczyty Mareszki i Magury. Niegdyś wiodła tędy droga z Bartnego (mój dzisiejszy start) do nieistniejącej wsi Świerzowa Ruska. Można tutaj rozpocząć wędrówkę ścieżką przyrodniczo-kulturową. Jeśli kiedyś uda się być ponownie w tych stronach, na pewno nią powędruję. Nadszedł moment na żenujący żart piszącej. O dziwo, na Majdanie nikt nie gra w piłkę, nie prowadzi również testów białej rękawiczki. Tabliczka informuje, że jestem na wysokości 625 metrów n.p.m., a na Magurę Wątkowską zostało pół godziny marszu.
Idę dalej niezbyt stromym podejściem, ale systematycznie w górę, więc z każdym krokiem nabieram wysokości. Pasmo Magury Wątkowskiej jest jednym z najbardziej rozległych w Beskidzie Niskim, ciągnie się bowiem na długości niemal 20 kilometrów dominując nad okolicznymi dolinami.
Na grzbiecie znajduje się kilka charakterystycznych punktów. Jest kamień z tablicą upamiętniającą 50-lecie posługi i 25-lecie pontyfikatu Jana Pawła II. Właśnie na Magurze Wątkowskiej 14 sierpnia 1953 roku, podczas wędrówki po Beskidzie Niskim, odprawił mszę ks. Karol Wojtyła. Jest tutaj także tablica Darka Zająca, miłośnika Beskidu Niskiego oraz tablica objaśniająca, co się widzi ponad drzewami. Przejrzystość tego dnia jest jednak taka sobie, więc Tatr nie widać zupełnie (który to już raz?).
Gdybym była mniej zadumana nad „nietrwałą miłością rzeczy świata tego”, może zorientowałabym się, że tylko chwila dzieli mnie od najwyższej kulminacji masywu Magury Wątkowskiej, czyli Wątkowej, wpisanej na listę Diademu Polskich Gór. Wystarczyło zboczyć na kilka minut zielonym szlakiem. Jednak w owym momencie bardziej oddawałam się wewnętrznym rozterkom, niż studiowaniu mapy.
Na szlakowskaz też lepiej nie patrzeć. Obwieszczenie: Świerzowa – godzinka, Hałbów – 4 godziny i 20 minut, natomiast Wołosate, bagatelka, 61 godzin i 20 minut (plus dwa kryzysy, trzy załamki, siedem zwątpień).
Za to tylko 5 minut dzieli mnie od Magury (jednej z kulminacji w grzbiecie). To najwyższy punkt dzisiejszej trasy – 829 metrów n.p.m. Wierzchołek leży na granicy Magurskiego Parku Narodowego. Właśnie rozpoczyna się bardzo klimatyczny odcinek wędrówki przez pierwotny bukowy las. Zresztą niemal cały dzisiejsza trasa prowadzi pośród drzew, co jest ogromnym plusem przy prognozowanej temperaturze 31 stopni w cieniu.
Szlak trawersuje Kornuty, a później gwałtownie zmienia kierunek i leśną drogą wiedzie na kolejną tego dnia przełęcz, tym razem między Kornutami a Świerzową. Obfotografowuję drewniany schron na Polanie Świerzowskiej. Przechodzi tędy utwardzona droga gruntowa. Według obliczeń na szczyt pozostało pół godziny marszu. Nachylenie zbocza jest w miarę łagodne i wędrówka nie wymaga wysiłku. Ciesz się łagodnością póki możesz. Nawet nie wiesz, co cię za chwilę czeka – komentuje zza buka rodzanica z ludowych wierzeń.
Kolejny szczyt na dzisiaj, czyli Świerzowa może się poszczycić 805 metrami wysokości. Według tabliczki, na Kolanina zostało ponad półtorej godziny dreptania (właściwie to trochę sapania, jednak nie wyprzedzajmy faktów). Jestem Pod Trzema Kopcami, na skrzyżowaniu ze szlakiem żółtym, wiodący do Mrukowej (gospodyni z Bartnego powiedziałaby, że to miejscówka w sam raz dla takich mruków.)
Szlak wiedzie na razie (z naciskiem na tymczasowość tego stanu) dość płasko leśną ścieżką, a potem trawersuje stok górki Ostrysz. Docieram do polany, przez którą przebiega droga leśna do wsi Jaworze. Znajduje się tu kolejna drewniana wiata, identyczna jak na Polanie Świerzowskiej. Pewnie na szlaku powstał system drewnianych schronów.
Tadam! A teraz przede mną główny bohater tego odcinka, czyli Kolanin. Co za swojsko brzmiąca nazwa. Aż dziwne, że góra ta nie jest kultowa dla mieszkańców Koła, z którego pochodzę. Uważam, że każdy szanujący się kolanin powinien odbyć pieszą pielgrzymkę na Kolanina (nie przesadzajmy, nie na kolanach). Może Koło wejdzie w związek partnerski z gminą Krempna? Dzikie wzniesienie, oddalone od reszty grzbietu głębokimi przełęczami i ostrymi zboczami. Taki wyalienowany trochę ten Kolanin, mamy więc sporo wspólnego.
Podejście, którym wędruję nie jest jeszcze takie strome, ale czoło zrosi. To jednak nic w porównaniu z zejściem (ale o tym za chwilę). Na szczycie mierzącego 705 metrów n.p.m. Kolanina znajduje się polanka z widokami między drzewami. Stoki góry opadają ku wioskom: Desznica i Jaworze (na północy), Świątkowa Wielka i Kotań (na południu), a mnie opada szczeka, gdy widzę zejście.
To jest właśnie to, co kolana kolanki lubią w Kolaninie najbardziej. Masochiści będą w tym miejscu usatysfakcjonowani, a zęby i pazury się przydadzą. Idę ostro w dół i na krótkim odcinku wytracam niemal 200 metrów. W trakcie tych karkołomnych wyczynów naszła mnie refleksja. Dlaczego wszystkie przeczołgujące mnie szczyty zaczynają się na „K”. Przypadek? Nie sądzę. Spotykam Piotra i podstępnie namawiam go, by również zdobył Kolanina, a ja w tym czasie grzecznie poczekam. Piotrek zafundował więc sobie przyjemność podwójną – ostre podejście i zejście. Jakem szprycha z Koła, powrócę tu, by znów dać się sponiewierać.
Teraz szlakiem idzie się już raźniej, bo razem. Szybko mija czas. Mijamy kolejny drewniany schron, tym razem o jakże bliskiej sercu nazwie – Kolanin. Obok przebiega droga gruntowa łącząca Świątkową Wielką i Desznicę. Idziemy nią przez 10 minut, a potem ponownie schodzimy na leśną ścieżkę.
Pokonujemy łagodne stoki dwóch leśnych wzniesień. Po drodze spotykamy szlakowego cyborga. Chłop jak dąb, plecak wielki. Wyprawę podzielił na znacznie dłuższe niż moje odcinki, bo nie ma tyle urlopu. Nieopatrznie przyznaje, że marzy mu się szlak przez góry Europy. I komu ty to mówisz? Wiadomo, co zaczęłam sprawdzać w necie po powrocie.
Po blisko godzinie od zejścia z Kolanina, docieramy na Przełęcz Hałbowską, leżącą między szczytami, słynnego już i szeroko tutaj opisanego, Kolanina oraz Kamienia nad Kątami. Tędy przebiega trasa 992 Nowy Żmigród-Krempna. Jesteśmy na wysokości 540 metrów n.p.m. Wsiadamy do zaparkowanego tutaj auta i jedziemy do Krempnej. Nasza miejscówka to ośrodek wypoczynkowy Magurska Ostoja, gdzie czeka na nas pyszny obiad i wygodne łóżko.
Bartne-Magura – 1 h 20 min.,
Magura-Świerzowa – 1 h 10 min.,
Świerzowa-Ostrysz – 1 h,
Ostrysz-Kolanin – 35 min.,
Kolanin-Przełęcz Hałbowska – 1 h 10 min.

