Najsłynniejszy i najdłuższy, ponad 500-kilometrowy znakowany szlak w polskich górach. O przejściu Głównego Szlaku Beskidzkiego marzyłam od dawna. Postanowiłam, że zrobię sobie prezent na 50-te urodziny i przewędruję tę legendarną trasę za jednym nogi zamachem. Wyprawa w moim wydaniu nie miała jednak charakteru ekstremalnego. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Jak skomentowała jedna z osób na szlaku: Taki mąż to skarb! Wychodził mi naprzeciw (dosłownie i w przenośni). Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B, tam na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Podczas wyprawy nie spieszyłam się – trasę podzieliłam na 24 odcinki. Starałam się przy tym, by nie przekraczały one 30 kilometrów dziennie. To moja norma, po której wiem, że dam radę wstać z łóżka. GSB to była wspaniała przygoda i najpiękniejsza wyprawa, w jakiej do tej pory brałam udział. Wyprawa życia!
Dzień XIV: Ropki-Bartne (28,8 km)
Rzecz o Łobuzie z Wołowca, dymiących hamulcach, piszczących kijach i leśnych mądrościach, czyli, co każdy szef wiedzieć powinien.
Tak to w górach z pogodą bywa. Ranek wstał mglisty, coś jakby zanosiło się na deszcz. Jednak nic z tego – jak się wkrótce okaże – przez większość dnia królował będzie upał. Z wczorajszej burzy też nic nie wyszło. Rozeszła się po kościach albo Kozim Żebrze (to jedna z atrakcji dzisiejszego odcinka). Nie bądźmy jednak tak wyrywani i nie wybiegajmy za bardzo do przodu. GSB nauczył mnie wielu pożytecznych rzeczy. Między innymi tego, by nie martwić się na zapas, a koncentrować na tym, co tu i teraz. Perspektywa przejścia 500 kilometrów może być przytłaczająca, a zrobienie jednego kroku – już niekoniecznie.
O poranku opuszczam Siwejkę. Chyba wszyscy jeszcze śpią. Piotrka również kusi legenda Koziego Żebra i ma ochotę się tam wdrapać. Umawiamy więc się tak, że podjedzie autem do Regietowa i stamtąd wyruszy na wyciskacza łez i potu. A ja wędrować będę, jak czerwona farba każe, czyli od strony Hańczowej. Miejsce randki – szczyt Koziego Żebra.
Maszeruję szutrówką przez mniej więcej 500 metrów, by dojść do asfaltu, który zaprowadzi mnie do Hańczowej. Spotykam po drodze przesympatyczną dziewczynę. Idzie w przeciwnym kierunku aż do Ustronia. To właśnie ona zachwyciła się Piotrka poświęceniem i stwierdziła, że taki mąż to skarb. Gdy ja niosę na plecach tylko niezbędnik turysty, ona ugina się pod ciężarem plecaka, wypełnionego dobytkiem na trzy tygodnie. Pytam o wrażenia z Koziego Żebra, ona z kolei ma tremę przed Babią Górą. Naprawdę niepotrzebnie!
Po 2 kilometrach marszu asfaltem docieram do Hańczowej. Według szlakowskazu, na Kozie Żebro mam półtorej godziny, natomiast do Regietowa – 2 godziny i kwadrans. Jest tu cerkiew wybudowana w XIX wieku (konstrukcja zrębowa i ściany pokryte gontem). Zdobiąca wnętrze polichromia ornamentalno-figuralna oraz ikonostas, autorstwa Antoniego, Michała Zygmunta Bogdańskich, pochodzą z końca XIX wieku W prezbiterium znajduje się barokowy ołtarz główny, natomiast w nawie – dwa ołtarze boczne z ikonami Chrystusa przekazującego klucze św. Piotrowi oraz Opieki Bogurodzicy (Pokrow). Czy to ja chodząca encyklopedia? Oczywiście, że nie. Tablica informacyjna. By zobaczyć cerkiew, trzeba odrobinę zboczyć ze szlaku. Główną szosą w stronę Wysowej-Zdroju idę tylko 100 metrów. Przed budynkiem lokalnej szkoły, skręcam w lewo w asfaltową uliczkę.
Przechodzę prze mostek na rzece Ropa. Jednak takie nawodne konstrukcje zdarzają się również w Beskidzie Niskim. Za miejscowością czerwony szlak wiedzie wąską ścieżką nad strumieniem. Słabo przetarta trasa kluczy między krzakami i kilka razy przekracza Markowską Wodę.
Rozpoczynam ostre podejście na Kozie Żebro. Bardzo szybko nabieram wysokości. Dopiero co byłam na 600 metrach, a mam już 780 na wyświetlaczu w telefonie. Mijam wymalowany na drzewie uśmiech. To znak, że najostrzejszy odcinek mam już za sobą Za chwilę jestem na grzbiecie, a do czerwonego koloru dołącza zielony, wiodący ze Skwirtnego. Mijam idącą w szybkim tempie dziewczynę. Uśmiecha się do mnie porozumiewawczo, więc zgaduję, że Piotrek znów wystąpił w roli mojego agenta.
Na Kozim Żebrze jednoosobowy komitet powitalny, czyli Piotrek. Góra mierzy 847 metrów n.p.m. – w sumie niewiele, a wysiłek godny Orlej Perci w Tatrach. Teraz przed nami najtrudniejszy moment dnia, czyli słynne zejście z Koziego Żebra. Niejednemu turyście, który dworował sobie z beskidzkich górek, zrzednie mina. Szlak poprowadzony jest prosto w dół. To jeden z najbardziej stromych odcinków na całej trasie GSB. Konkurować z nim może, w mojej ocenie, zejście z Hona w Bieszczadach. Hamulce dymią, buty skrzypią, kijki kwiczą. Piotrek się śmieje, że idę jak paralityk. Nieprawda. To się nazywa schodzić powoli i ostrożnie. Przecież nogi w takich warunkach są bezcenne! Ufff! Udało się bez zaliczenia upadku!
Schodzimy do Regietowa. Działa tu baza namiotowa Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich Warszawa. A przed nami 1,5 kilometra marszu na kolejną tego dnia górę – Rotundę.
Już na starcie ścieżka ostro pnie się w górę. Chwila i już jesteśmy 200 metrów wyżej! Tempo mamy niezłe, tym bardziej, że chcemy szybko wyminąć dwie koleżanki, które na podejściu dzielą się ze sobą uwagami, jak im ciężko. A że dzieli je również spora odległość, więc krzyczą. Teraz o ich doświadczeniach wie cały las.
Beskid Niski skrywa wiele wyjątkowych miejsc. Rotunda jest jednym z nich. Na wysokości 771 m n.p.m. znajduje się cmentarz wojenny, zaprojektowany przez wybitnego słowackiego architekta Dušana Jurkoviča. Znany z tworzenia nekropolii wojennych na terenie Galicji Jurkovič, wybrał bezleśne widokowe wzgórze dla jednego ze swoich najciekawszych przedsięwzięć.
Urzekająca prostota, harmonijne wkomponowanie w krajobraz, inspiracja zaczerpnięta z kultury Łemków. Cmentarz na szczycie Rotundy ma kształt koła, otoczonego szańcowym kamiennym murem. Ogromne wrażenie robią: duża 17-metrowa czworoboczna wieża – gontyna i cztery mniejsze (mierzące ponad 12 metrów). Na cmentarzu znajdują się 24 groby (4 zbiorowe i 20 pojedynczych), w których spoczęło 42 żołnierzy austriackich i 12 rosyjskich.
Na wzgórzu umieszczona jest tablica z historią tego miejsca. W 1915 roku powstał Specjalny Wydział Grobów Wojennych, wyodrębniona jednostka armii austriacko-węgierskiej. Jej celem było uporządkowanie pobojowisk i godne pochowanie żołnierzy. Zapobiegało to także potencjalnemu zatruciu cieków wodnych i wybuchowi epidemii. Często na takich cmentarzach z czasów Wielkiej Wojny pogrzebani są żołnierze wrogich sobie armii.
Przed laty Rotunda była bezleśna, więc cmentarz widoczny był z daleka. Teraz kryją go drzewa, co dodaje mu dodatkowego uroku. Nekropolia pozbawiona opieki niszczała przez lata i dopiero niedawno udało się ją odtworzyć z ruiny.
Oprócz historii cmentarza, na Rotundzie można poczytać również o dobroczynnym wpływie zieleni na człowieka. 20 minut przebywania w naturze wystarczy, by znacząco obniżyć poziom kortyzolu zwanego hormonem stresu. Pacjenci szpitala, którzy za oknem widzą drzewa, szybciej dochodzą do zdrowia w porównaniu do tych, którzy za oknem widzą np. ścianę sąsiedniego budynku. Spędzanie czasu na łonie natury może zwiększyć zdolność rozwiązywania problemów i kreatywność o 50 procent. Ta ostatnia mądrość z Rotundy, przesłana do mojego szefostwa, pozostała bez odzewu. Może dlatego, że w pracy siedzę w pomieszczeniu bez okna.
Ze szczytu Rotundy Piotrek wraca do auta do Regietowa (musi dojechać do wsi Bartne), a ja idę dalej szlakiem czerwonym. Moja ścieżka wiedzie łagodnie przez las. Gdy z niego wychodzę, mogę podziwiać malowniczą panoramę kolejnej miejscowości na trasie – Zdyni oraz otaczających ją górek: Łysej Góry, Zajęczej Góry, Kamiennego Wierchu i Popowych Wierchów.
Według szlakowskazu umieszczonego w Zdyni, na Popowe Wierchy mam godzinkę, a do celu, czyli wsi Bartne – 4 i pół godziny. Docieram do przebiegającej tutaj drogi krajowej 977, prowadzącej do Gorlic. Poczułam się jak auto, bo pomknęłam przed siebie i oczywiście przegapiłam skręt w prawo. Muszę wracać. Powinnam koło ostatniego domu i stojącej obok kapliczki iść na przełaj w stronę lasu.
Znów czeka mnie ostre podejście. To już trzecie tego dnia. Beskid Niski naprawdę potrafi sprowadzić do parteru i przeczołgać. Najwyższa kulminacja Popowych Wierchów mierzy 684 metry n.p.m. Nie spotkałam ani popa, ani pastora, ani księdza, ani faceta, za to dwie turystki. Najwyraźniej panie i ich samotne wędrowanie zyskują na znaczeniu.
Dalsza część szlaku wiedzie przez las ścieżką, potem szutrówką, by znów wkroczyć na ścieżkę. Przez łąki docieram do drogi, łączącej wieś Krzywa i Jasionka. Przede mną niezwykle urokliwa dolina potoku Zawoja, wcięta między strome wzgórza Ochabisko i Obszar. W okolicach połączenia z żółtym szlakiem, zwanym Szlakiem ośmiu mostków, znów spotykam Piotrka i już razem idziemy w kierunku Wołowca.
W Wołowcu zbaczamy nieco z trasy, by zobaczyć wzniesioną w XVIII wieku cerkiew Opieki Matki Bożej. Kiedyś znajdowała się w centrum wsi, dzisiaj to skraj zabudowań. Gdy wracamy, zostajemy obszczekani przez psa Łobuza, który po tym chłodnym powitaniu, uznał nas jednak za członków stada i wyruszył z nami w dalszą drogę. Musimy więc zawracać, by odprowadzić go do domu. Jako członkowie stada, w bardzo atrakcyjnej cenie kupiliśmy miód od właścicielki Łobuza i wysłuchaliśmy opisu wesela córki Andrzeja Stasiuka (pisarz od lat mieszka w Wołowcu).
Idziemy szosą przez wieś, a potem w prawo wzdłuż potoku. Szlak tak jest poprowadzony, że przechodzimy chyba przez czyjąś posesję. Być może już wkrótce GSB będzie musiał zmienić swój bieg, bo nowi właściciele, którzy coraz chętniej kupują tutaj działki mniej przychylnym okiem patrzą na eskapady turystów. Już wcześniej kilka razy musiałam przeczołgiwać się pod elektrycznym pastuchem, co znaczyło, że wchodzę na czyjś prywatny teren.
Wędrujemy starym traktem, który przed wojną łączył Wołowiec z Bartnem. Gdy wychodzimy na łąki, otwiera się widok nad doliną na masyw Magury Wątkowskiej. Bartne, do którego zmierzamy, nazywane jest wsią kamieniarską, gdyż mieszkańcy specjalizowali się w tym fachu. Z kamienia wyrabiano krzyże nagrobne, kapliczki i sprzęty gospodarskie. Bartne to aż dwie cerkwie: greckokatolicka pw. św. Kosmy i Damiana z 1842 roku (mieści się tu Muzeum Sztuki Cerkiewnej) oraz prawosławna z 1928 roku. Obok niej stoi pomnik, wywodzącego się z tych stron, kompozytora Dmytra Bortniańskiego.
Nasza trasa kończy się w Bartnem przy budynku Noclegi u Krystyny, gdzie na kolację dostajemy pierogi obficie polane masłem. Tu też okazało się, że losy naszej wyprawy zawisły na włosku. Na szczęście, dzięki pomocy znajomych i rodziny, udało się kryzysową sytuację zażegnać. Jednak idąc spać jeszcze o tym nie wiedziałam, więc zasypiałam z myślą, że to mój ostatni dzień na GSB.
Ropki-Hańczowa – 50 min.,
Hańczowa-Kozie Zebro – 1 h 40 min.,
Kozie Żebro-Regietów – 35 min. (WIECZNOŚĆ),
Regietów-Rotunda – 45 min.,
Rotunda-Zdynia (Ług) – 1 h,
Zdynia-Popowe Wierchy – 1 h,
Popowe Wierchy-Jasionka – 1 h,
Jasionka-Wołowiec – 1 h,
Wołowiec-Bartne – 1 h 30 min.

