Najsłynniejszy i najdłuższy, ponad 500-kilometrowy znakowany szlak w polskich górach. O przejściu Głównego Szlaku Beskidzkiego marzyłam od dawna. Postanowiłam, że zrobię sobie prezent na 50-te urodziny i przewędruję tę legendarną trasę za jednym nogi zamachem. Wyprawa w moim wydaniu nie miała jednak charakteru ekstremalnego. Dzięki temu, że Piotrek woził bagaże, nie musiałam dźwigać ciężkiego plecaka. Jak skomentowała jedna z osób na szlaku: Taki mąż to skarb! Wychodził mi naprzeciw (dosłownie i w przenośni). Gdy ja wyruszałam z punktu A do punktu B, on dojeżdżał do punktu B, gdzie na parkingu zostawiał auto i szedł w moim kierunku. Spotykaliśmy się w bardziej lub mniej umówionym miejscu na szlaku. Podczas wyprawy nie spieszyłam się – trasę podzieliłam na 24 odcinki. Starałam się przy tym, by nie przekraczały one 30 kilometrów dziennie. To moja norma, po której wiem, że dam radę wstać z łóżka. GSB to była wspaniała przygoda i najpiękniejsza wyprawa, w jakiej do tej pory brałam udział. Wyprawa życia!
Rzecz o ciskaniu kamieniami, Błyskawicy w toalecie, terapeutycznych pokrzywach i górskich metodach wychowawczych.
Dzień XII: Rytro-Krynica-Zdrój (29,3 km)
Dwunasta odsłona GSB rozpoczęta z przytupem i po rycersku, bo w Rytrze. Mimo, że nie spotkałam żadnego miejscowego rycerza, ani jego rumaka, który w rączy sposób podrzuciłby mnie do celu (w związku z tym muszę liczyć wyłącznie na swoje dwie nogi), wyprawa zapowiada się ciekawie. Pasmo Jaworzyny Krynickiej wyprowadzi mnie do kresów Beskidu Sądeckiego. Większość trasy będzie wiodła przez las, a to w czasie upału jest dużym plusem.
W Rytrze przekraczam Poprad. Prawdopodobnie już w XII wieku była tu strażnica strzegąca szlaku handlowego w dolinie rzeki. Na wzgórzu Zamczysko, 125 metrów ponad doliną, wznoszą się ruiny średniowiecznego zamku. Podczas wakacji, spędzanych kilka lat temu w niedalekiej Piwnicznej, zawitaliśmy w te strony. Widoki z zamku ciekawe, więc jeśli tylko czas pozwoli, odwiedźcie ruiny koniecznie.
Miejscowość pięknie położona w głębokiej dolinie Popradu, a to niesie za sobą pewne konsekwencje. Jeśli schodzi się głęboko, trzeba potem wspinać się wysoko. Przeczucie mnie nie myli, czeka mnie ostre podejście najpierw przez osiedle Zazamcze, a potem lasem. Oddech można złapać na przysiółku Za Halą, gdzie szlak się nieco wypłaszcza i za chwilę wychodzi na malowniczą, widokową polanę Kretówki. Miejscówka kretów. Ukazuje się widok na dolinę Popradu, wschodnią część Beskidu Wyspowego oraz boczne grzbiety Jaworzyny Krynickiej. Małym zgrzytem w sielskości są linie energetyczne, ale nie można mieć wszystkiego. Jeszcze się człowiek napatrzy. Więc stoję, kontempluję i napawam się, bo za chwilę znów ostro pod górę.
Po blisko dwóch godzinach od startu, docieram do Chaty Górskiej „Cyrla”, położonej na polanie na wysokości 844 metrów n.p.m. Obiekt w pięknej lokalizacji, zadbany z sympatyczną obsługą/właścicielem (nie wiem, bo nie wypytywałam). Dla tych, którzy szukają noclegu na GSB, będzie jak znalazł. Schowałam do plecaka swoją oszczędność i zaszalałam – zakupiłam domową lemoniadę. Rozpusta pełną gębą.
Słowo Cyrla pochodzi od cyrhlania, czyli obrywania kory z leśnych drzew. Gdy te obumierały, pozyskiwano ten teren na polanę, na której wypasano zwierzęta. Patent wołoskich pasterzy.
Czas porzucić gościnne progi górskiej chaty i ruszać w dalszą drogę. Przede mną strome i kamieniste podejście, wiodące przez las. Trawersując Makowicę wdrapuję się na Rozdroże pod Makowicą. Czerwony szlak wychodzi tutaj na główny grzbiet. Odtąd podąża na wschód w stronę Hali Łabowskiej. Według szlakowskazu, dzielą mnie od niej trzy godziny, natomiast od Hali Pisanej – jedynie półtorej.
Mijam w większości zalesione Zadnie Góry i docieram do Jaworzyny Kokuszczańskiej. Jestem na wysokości 966 metrów n.p.m. Między drzewami znajduje się murowana kapliczka z kamienia z figurkami Św. Rodziny, Trzech Króli i pastuszków za kratkami – Grota Narodzenia Pańskiego. Jak podają źródła, autorem jest ludowy artysta Józef Grucel z Ochotnicy Dolnej. Obok umieszczono ołtarz oraz krzyż z datą 1963, podobno na pamiątkę śmierci od pioruna dwójki turystów.
Maszeruję polanami i przez las, mijając Przełęcz Bukowina (wysokość 993 m n.p.m. i dobijacz z tabliczki: na Runek 11,5 km), aż docieram do Hali Pisanej. Znajduje się tutaj pomnik upamiętniający Adama Kondolewicza, pseudonim Błysk, żołnierza AK, który zginął podczas obławy zorganizowanej prze gestapo. Może tutaj natchnienia szukają pisarze, wieszcze czy inne osoby parające się piórem? Nic z tych rzeczy. Nazwa miejsca nawiązuje do pisania, góralskiego określenia pomiarów geodezyjnych.
Idę przez urokliwy las bukowy, który miałam okazję przemierzać już kilka razy (w Beskidzie Sądeckim gościmy niemal co roku). Za Wierchem nad Kamieniem, grzbiet skręca na południe. Wzdłuż niego po obu stronach ciągnęły się przed laty pasterskie polany. Zachodnie należały do gospodarzy z Łomnicy, natomiast od wschodu swoje stada wypasali Łemkowie, mieszkańcy nieistniejącej już wsi Roztoki Małe. W takich momentach myślę sobie, jak świat zmienia się bezpowrotnie.
Ciekawym miejscem na tym odcinku jest Czarci Kamień z tarasem widokowym. By się na niego dostać, trzeba nieco zboczyć z trasy. Kiedyś musieliśmy szukać ścieżki, teraz miejsce to jest dobrze oznaczone.
Gdy mijam głaz z tablicą, poświęconą ks. Władysławowi Gurgaczowi, działaczowi podziemia antykomunistycznego, już wiem, że do mojego pierwszego postoju zostało niewiele – 400 metrów. Jeszcze chwila i docieram na Łabowską Halę. Stoi tu duże schronisko, niezbyt dzisiaj oblegane. Na ścianie tablica GSB, bym mogła zobaczyć, ile już przedeptałam. Niedługo połowa. Chyba przez te szlakowe rachunki zrobiłam się rozrzutna. Sama się nie poznaję, bo zamawiam szarlotkę. Najwyraźniej brakuje mi cukru. Siadam i podziwiam wymalowany pod sufitem schemat GSB. Korzystając z dobrodziejstw cywilizacji, udaję się do toalety (ooo, widzę, że po remoncie) i od razu poznaję osobę, o której Piotrek opowiada mi od kilku dni, że po trasie porusza się z prędkością światła. Po tym pomieszczeniu również. Rach, ciach i już jej nie ma. Omal nie zginęłam w drzwiach.
Podbudowa wyrzutem glukozy do krwi, biorąc przykład z Pani Błyskawicy, wyruszam w dalszą drogę falującym łagodnie grzbietem. Idę wygodną grzbietową dróżką przez las i niewielkie nasłonecznione polanki, przez kolejne małe kulminacje i rozdzielające je przełęcze. Na początek Hala Łabowska Rozdroże, a za nią mijam las poświęcony Janowi Pawłowi II (wersja bardzo szczątkowa) oraz duży głaz z przymocowaną tablicą, upamiętniającą Stanisława Wilgę „Burego”, partyzanta, który zginął w tym miejscu.
Tuż przed Holą spotykam Piotrka. Spotkanie Oli przy Holi (978 m n.p.m.). Przypadek? Nie sądzę. Teraz wędrujemy już razem, więc od razu raźniej. I okazja do odpoczynku się znalazła, gdy natrafiamy na wiatę turystyczną Juchówki. W tym miejscu należałoby wznieść okrzyk: Juhu! Chwilę później docieramy na przełęcz, która zwie się Potasznia (900 m n.p.m.). To najniższy punkt grzbietu, a jeśli Runek mierzy 1070 metrów, wiadomo, co to oznacza. Ponowne mozolne dreptanie w górę.
Podejście rzeczywiście jest ostre (jak na sądeckie warunki). Przed wierzchołkiem dołącza niebieski szlak, którym można dojść na Wierchomlę lub skrótem do Krynicy. Nazwę Runkowi nadali pewnie pasterze wołoscy. Runc to polana w miejscu wypalonego lasu. Bardzo prawdopodobne, że góra spodobała się absolwentowi Cambiridge, miłośnikowi biegania, który zagrzewał innych turystów słowami: run, run, run!
Na ostatnim odcinku przed Jaworzyną otwierają się widoki w kierunku wyraźnie niższych wzniesień. To Beskid Niski, nasz cel na najbliższe dni. Niski nie znaczy, że można go lekceważyć, czego dowodem była Ściana Płaczu na Lackowej, którą zdobywaliśmy kilka lat temu.
W tym miejscu frekwencja osób na szlaku, nieznacznie rośnie. Być może turyści wybrali się na spacer, po opuszczeniu wagonika kolejki, który wywiózł ich na szczyt Jaworzyny. Dzięki tym turystycznym mijankom dowiedziałam się, że GSB może być traktowany jako środek wychowawczy, a może nawet represji? Przy kłótni rodzeństwa, kto z kim będzie lub nie będzie siedział w gondoli, ojciec straszy: – Jeśli nie chcesz z nią siedzieć, możesz pieszo zejść!
Niedaleko szczytu małe zaskoczenie. Grzbiet rozryty, trwa bowiem budowa nowego wyciągu krzesełkowego. W ogóle Jaworzyna Krynicka zrobiła na mnie jakieś przygnębiające wrażenie. Mocno zindustrializowana, krajobraz stepowo-pustynny. Kamloty i wypalona słońcem trawa. Z ciekawostek statystycznych – mierząca 1114 metrów n.p.m. Jaworzyna Krynicka, wpisana jest na listę Diademu Polskich Gór (jako najwyższa w paśmie).
Oglądanie widoków, kilka fotek do lansu i znów rozpusta. W Krynickiej Kolibie, obok górnej stacji kolejki zjadamy borowikową. Smaczna, choć po minie Piotra widzę, że miseczka to dla niego zdecydowanie za mało.
Za restauracją musimy skręcić w lewo, a następnie, gdy już przejdziemy pod linami kolejki, w prawo między drzewa. Piotrek testuje na mnie, czy przegapię zejście. Oczywiście, że tak! Gdy idę z nim zapędzam się na manowce. Idziemy w cały czas w dół w sąsiedztwie narciarskiej trasy zjazdowej Ścieżka jest tak wąska i zarośnięta jakby nikt tędy nie chodził. Pewnie tylko wędrowcy GSB, bo muszą. Większość turystów korzysta z gondolowej podwózki lub schodzi szlakiem zielonym, zahaczając o schronisko PTTK Jaworzyna Krynicka. Na szlaki ścieżka zdrowia przez pokrzywy. W sumie to nawet dobrze, bo podobno zielsko to łagodzi objawy choroby zwyrodnieniowej stawów.
Gdzieś między Jaworzyną a Diabelskim Kamieniem, do którego się zbliżamy, znajduje się połowa szlaku. Powinniśmy otwierać szampana! Sądeckie boginki już czekają, by strzelać z korków. Poczuły się zawiedzione, bo pijemy tyko wodę bez gazu.
Przed nami charakterystyczny punkt tej trasy. Na niewielkim bocznym grzbiecie na wysokości około 965 metrów n.p.m., z gąszczu starych buków, wyłania się piaskowy ostaniec. Legendy mówią oczywiście o diable, który leciał z kamieniem, jak zwykle w złych zamiarach, swego nie dopiął (pech prześladuje) i kamień upuścił. Jednak dlaczego podejrzewać go o najgorsze? A może chodziło właśnie o zaznaczenie połowy trasy? Nic z tego. Diabeł w tym kopyt nie maczał. To natura uformowała skałę na kształt 5-metrowego grzyba. Według niektórych romantyków, podejście na Diabelski Kamień wróży szczęście w miłości, a gdy zakochani dotrą tu razem, ich miłość będzie trwała wiecznie.
Kilka minut później wychodzimy z lasu na odsłonięty teren, gdzie zbiega się kilka wyciągów i tras narciarskich. Nad głową wiszą linie kolejki. Jest też sztuczny zbiornik na wodę do naśnieżania stoków. Nie mogę się przekonać do Jaworzyny. Kilka lat temu bardziej tu było zielono. Teraz czuję się jak w kazachstanskaj stjepi (lub na lekcji języka rosyjskiego). Na szczęście można cieszyć oczy zielonymi pagórkami Beskidu Niskiego. Zwłaszcza dwie góry są łatwe do rozpoznania: Lackowa oraz słowacki Busov.
Nadal schodzimy ostro w dół w dolinę Kryniczanki. Końcówka to ulica Czarny Potok, którą można dotrzeć do dolnej stacji kolejki gondolowej. My idziemy w przeciwnym kierunku, mając po prawej ekskluzywną sieć hoteli z zabiegami, które niejednego wędrowca GSB postawiłyby na nogi. Na parkingu przy jednym z owych dobrodziejstw czeka na nas auto. Wracamy na nocleg do Piwnicznej, która jest dla nas jak najlepsze SPA.
Rytro-Chata Górska Cyrla – 2 h,
Chata Górska Cyrla-Jaworzyna Kokuszczańska – 50 min.,
Jaworzyna Kokuszczańska-Hala Pisana – 40 min.,
Hala Pisana-Schronisko Hala Łabowska – 1 h,
Schronisko Hala Łabowska-Runek – 2 h 20 min.,
Runek-Jaworzyna Krynicka – 50 min.,
Jaworzyna Krynicka-Diabelski Kamień – 20 min.,
Diabelski Kamień-Krynica Czarny Potok- 50 min.

