Tarnica, ostatnia w koronie

Rzecz o pięknie, wisience na torcie i o tym, że łatwiej zdobyć 28 szczytów KGP niż złapać busa. Czym dla Tatr Giewont, dla Karkonoszy Śnieżka, tym dla Bieszczadów Tarnica. Najwyższy szczyt pasma, to obok połonin Wetlińskiej i Caryńskiej, najczęściej odwiedzane miejsce. Wiadomo, słowo naj działa i elektryzuje. A że w Bieszczadach wyżej się nie da (chyba że na Pikuja, ale to już na Ukrainie), więc dla turystów pozycja obowiązkowa. Dla nas podwójnie, ponieważ do kompletu Korony Gór Polski brakowało nam jedynie Tarnicy.  

Piękno, magia i dzikość. I choć z roku na rok Bieszczady stają się coraz bardziej popularne, to wciąż można wsłuchać się tutaj w ciszę i odnaleźć spokój. Wszystko oczywiście zależy od pory i trasy. Na Tarnicę zawsze znajdą się chętni. Najkrótszy i najbardziej popularny szlak na najwyższy szczyt w Bieszczadach rozpoczyna się w Wołosatem.

Z Wetliny, gdzie stacjonujemy, do Wołosatego (najdalej wysuniętej na południe zamieszkanej miejscowości w Polsce) dojeżdżamy busem. Bezproblemowo, niedrogo i całkiem przyjemnie, ale, jak to mówią, miłe złego początki… Pan kierowca niezwykle pomocy dowozi nas niemal na koniec miejscowości. Po minięciu ostatnich zabudowań, docieramy do punktu informacyjno-kasowego Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Obok budki  szlakowskaz z czasem przejścia: Przełęcz – 2 h, Tarnica 2 h 15’.

Początkowo ścieżka biegnie łąką, potem polną drogą cały czas łagodnie aż do granicy lasu. Po drodze spotykamy stado przyjaźnie nastawionych koni huculskich. W Wołosatem znajduje się bowiem zachowawcza hodowla tych koni, służących dawniej do noszenia towarów i prac rolnych, a obecnie stanowiących atrakcję turystyczną.    

Wkrótce po wejściu do lasu zaczynają się schody, dosłownie i w przenośni. Nie jest już tak prosto. Szlak wiedzie cały czas pod górę, momentami łagodniej, momentami dość ostro. Stopnie schodów wyliczono tak, że mogę drobić niczym gejsza, albo dawać susy. Wybieram to drugie.

Mniej więcej w połowie trasy znajduje się drewniana wiata, przy której sporo osób robi sobie przerwę. Nam tego dnia idzie się bardzo dobrze. Nie zatrzymujemy się. Pierwszy dłuższy postój robimy dopiero na Przełęczy pod Tarnicą (świetny czas, 1 h 10 min.). Wcześniej zatrzymywaliśmy się jedynie na kilka sekund, by robić zdjęcia. Widoki po wyjściu z lasu bukowego coraz piękniejsze. Podziwiać można już nie tak daleką Tarnicę (stąd widać doskonale, jak rozległym jest szczytem) oraz Szeroki Wierch.

Piękno psuje jedynie ciąg schodów, właściwie można to nazwać traktem schodowym. Nie wygląda zbyt atrakcyjnie, ale, jak wyczytałam, progi przeciwerozyjne były niezbędne, by uchronić szlak przed rozdeptaniem.

Na przełęczy zmiana koloru szlaku z niebieskiego na żółty i już tylko mały skok na Tarnicę. Skok ten zajmuje nam 10 minut.

Tarnica (1346 m n.p.m.) jest najwyższym szczytem polskich Bieszczadów. Wyraźnie wybija się ponad 500 metrów nad dolinę Wołsatki. Nazwa pochodzi od wołoskiego słowa tarnita, oznaczającego siodło, przełęcz. Na szczycie znajduje się żelazny krzyż, ustawiony w 1987 roku na pamiątkę pobytu ks. Karola Wojtyły w 1954 r. widoki przepiękne! Całe Bieszczady mamy jak na dłoni. Widać stąd Połoninę Caryńską, Szeroki Wierch, Krzemień, Kopę  Bukowską, Halicz oraz Bieszczady po stronie ukraińskiej z Pikujem na czele.

Radość również ogromna! Trzy lata łażenia po górach, zakończone sukcesem. Mamy Koronę Gór Polski! Mission complete!   

Ze szczytu schodzimy ponownie na Przełęcz pod Tarnicą, a z niej na Przełęcz Goprowską. Niebieski szlak biegnie na szczyt Krzemiania i dalej na Bukowe Berda, nasz natomiast oznaczony czerwoną farbą odbija w prawo i łagodnie trawersuje południowe zbocza Krzemienia i najeżonej wychodniami skalnymi Kopy Bukowskiej. Widoki niezwykle malownicze. Można iść bez końca.   

Po półtoragodzinnym marszu docieramy na szczyt Halicza, liczący sobie 1333 m n.p.m. To przepiękny szczyt, z którego rozpościera się widok na bukowe i świerkowe lasy w dolinie Sanu, a po przeciwnej stronie na dolinę Wołosatki otoczoną najwyższymi w polskiej części Bieszczadów szczytami. Na wierzchołku Halicza, otoczonym metalową barierką wznosi się stalowy krzyż, kolejny dzisiaj.  

Z Halicza nadal bardzo widokową granią, przez płytką przełęcz, w 20 minut docieramy na niższy, należący do masywu Połoniny Bukowskiej  Rozsypaniec (1280 m n.p.m.). Swoją nazwę zawdzięcza rozsypanym na jego stokach wychodniom.

Z Rozsypańca schodzimy na Przełęcz Bukowską. Stąd roztaczają się widoki na ukraińską część Bieszczadów. Widać Pikuj, najwyższy szczyt całego pasma. A poza szlakiem przy słupkach granicznych zaparkował pojazd straży granicznej, gdyby ktoś nie miał dość wędrówki i zechciał udać się jeszcze dalej.  

Przed nami t y l k o 8-kilometrowy odcinek szutrowo-asfaltowej drogi opadającej do doliny potoku Wołosatka… To także koniec/początek Głównego Szlaku Beskidzkiego. I już jesteśmy w domu. Nie tak prędko! Okazuje się, że z Wołosatego do Wetliny dostać się nie tak łatwo. Podróż busami podzielona była na kilka odcinków. Każdy z nich wart 20 złotych. Jak zawsze jestem zwolennikiem transportu zbiorowego, tak teraz zdecydowanie doradzam własne auto. Taniej i szybciej.   

Zrobienie pętelki Wołosate-Tarnica-Halicz-Rozsypaniec-Przełęcz Bukowska-Wołosate zajęło nam 7 godzin, za to droga powrotna na czterech kołach do Wetliny – 3 godziny!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.